Cytat

Remont trwa.

Raion szykuję się na ogromny test z przedmiotów zawodowych!

07.01.2014

Buttony!

Szablon&Tekst by Raion. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Słowniczek

Duch - Seishin (czyt. Sejszin)
Stróż - Yakei (czyt. Jonukeji)
Woda - Aqua (czyt. Akła)
Ziemia - Terra (czyt. Terra)
Ogień - Ignis (czyt. Ini)
Powietrze - Aer (czyt. Aer)

Obserwatorzy

Archiwum

Statystyka

Popularne posty

7. Czasy poturniejowe

         - Yoh, wstawaj! – krzyknęła Anna, ubrana była w szkolny mundurek, czyli zieloną spódnice przed kolano, biała koszulę i kremowe baleriny. Już od dwudziestu minut czekała na narzeczonego.
- Już jestem. – powiedział Asakura, zbiegając po drewnianych schodach. On też przyodziany był w mundurek, tylko, że spódnice zastępowały spodnie, a koszula była rozpięta. Oczywiście na jego szyi nie mogło zabraknąć rzemyka z trzema pazurami. – Śniadanko.
- Chodź już jeść. – odparła dziewczyna -  Przez ciebie znów się spóźnimy.  
- No, ale Anno przecież dzisiaj zszedłem dużo wcze… - bronił się szaman. Wystarczyło tylko jedno spojrzenie ciemnookiej, by uciszyć bruneta. Z przedpokoju, którego ściany pokrywała jasnobeżowa farba, przenieśli się do salonu. Był on dość skromnie urządzony. Jedynymi meblami i urządzeniami znajdującymi się w pomieszczeniu były: „niski” stół, telewizor i zwinięte pod ścianą tatami. Podłogę pokrywała zielona wykładzina, murki[XD Synonim by Microsoft Word Starter 2010 ^^] pomalowane były jasnożółtym inkaustem [synonim by MWS 2010].  Na jamniku [te synonimy mnie przerażają XD] czekało już śniadanie, czyli kanapki własnoręcznie zrobione przez Annę. Tak, dobrze widzicie. Ciemnooka odkąd turniej się zakończył, złagodniała. Można by rzec, że jej życie straciło sens. Będzie musiała wrócić do Osorezan, do swojego rodzinnego domu. Miała trenować Yoh do turnieju, a teraz? Asakurowie na pewno, znajdą dla swego potomka, lepszą żonę. Z tego co było wiadomo dziewczynie, pani Kino wróciła na stałe do Izumo i połączyła swoją szkołę medium z akademią swego męża. Odkąd 1080 Korali[Wiem, że w opowiadaniach nie używa się systemu numerycznego, ale jest to nazwa własna.] zostało zniszczone przez Zeka, energia Góry Strachu zmalała. Według najwyższych mediów to brak korali, jest powodem tej anomalii. Lecz, co ona może zrobić? Po walce zebrała wszystkie kamienie, ale nie była wstanie ich połączyć. Główny koral pękł i to blokuje połączenie. Bardziej niż brakiem 1080 Korali, Anna obawiała się wizyty u państwa Asakura. Zostali niby zaproszeni na wakacje, ale może tylko po to by się z nią pożegnać?    
- Nie jesteś głodna? – spytał zaniepokojony Asakura. Zdziwiło go zachowanie narzeczonej. Już od kilku minut, bezowocnie próbował zwrócić na siebie uwagę.
- Nie, jestem. – odparła ze spokojem dziewczyna – Powtarzałam w myślach biologię przed dzisiejszym sprawdzianem.
- Spra… Sprawdzianem – zająkał się szaman.
- Kazałam Ci się wczoraj uczyć. – powiedziała ostro ciemnooka.
- Anno, chodź już, spóźnimy się. – Szybko zmienił temat. Nie chciał przyznać się dziewczynie, że zamiast się uczyć spał, marząc o cheeseburgerach.  Co to, to nie.
Już po kilku minutach gotowi do drogi, wyszli z domu. Z czasem krajobraz zaczął się zmieniać. Piękne łąki i pola zastąpiły sklepy, domki jednorodzinne i wieżowce. Jedynie zadzierając głowę wysoko do góry można było dostrzec błękitne niebo, po którym poruszały się puchate, białe chmury.
- Szkoda, że nie ma z nami Manty. – mruknął szaman.
- Sam kazałeś mu jechać. – odparła spokojnie Anna.
- A co miałem zrobić? – oburzył się szaman – Dostał stypendium na Uniwersytecie Harvarda. Miałem zmarnować jego życiową szansę.
- Nie – westchnęła Anna – Dobrze zrobiłeś.  A teraz zapraszam do szkoły. – Powiedziała wskazując budynek.
Szkoła była dość spora. Składała się z trzech kondygnacji i piwnic. Ściany budynku pokrywała farba w odcieniu ecru. Przed placówką stało jeszcze wielu uczniów, co oznaczało, że lekcje się jeszcze nie zaczęły. Nasi młodzi szamani wolnym krokiem przemierzali korytarze, by już po chwili znaleźć się w pracowni biologicznej. W Sali stały trzy rzędy ławek, ostatnią zajmował Yoh, a wcześniejszą jego narzeczona. Już po chwili do klasy wszedł profesor Umekai. Był to wysoki czterdziestolatek o jasnych włosach. Był wymagający i nie podobało mu się zasypianie Yoh na jego lekcjach. W ręku dzierżył pęk kartek.
- Są wszyscy – powiedział złowieszczo – Zaczynamy sprawdzian.

~*~

                Północne Hokkaido, piękny teren pokryty bujnymi lasami i bagnami. Między tymi ekosystemami znajdowały się pola. Ich uprawą zajmowali się ludzie z plemienia Ajnów*. Oczywiście nie sadzili oni ziemniaków, ryżu czy kukurydzy, tylko lilie wodne. Ich cywilizacja od wieków zajmowała się tworzeniem nowych domów dla drobiażdżek. Jeden z przedstawicieli tego ludu, od rana próbował odpalić ciągnik. Niestety, wredne ustrojstwo nie chciało współpracować. Wspomnianym mechanikiem był niebieskowłosy chłopak, ubrany w krótkie, niebieskie spodenki do kolan i biało-niebieską kurtkę. Jego towarzyszem był wysoki mężczyzna ubrany w fioletową koszulę i biały garnitur. Najłatwiej było go rozpoznać po fryzurze na Elvisa Presleya.
- Daj ja spróbuje. – odezwał się Ryu.
- Poczekaj, jeszcze przekręcę ten wichajster.
- Mistrz Yoh, na pewno umiałby go naprawić.  – westchnął brunet.
- Działa! – krzyknął dumnie Trey. Po wielu godzinach pracy udało mu się uruchomić to cholerstwo. – Wsiadaj, jedziemy!
- Przecież się nie zmieścimy! – wrzasnął  Umemiya.
- Pirika się mieściła. – mruknął niebeskowłosy.
- A gdzie ona jest? – spytał wysoki szaman.
- Pirika? – zdziwił się Horo Horo – Od zakończenia turnieju większość czasu spędza z Yoko Yukei.
- Z jaką znowu Yoko?
- Yukei to stara szamanka. Mieszka daleko w lesie. Moja siostrzyczka upatrzyła sobie w niej wzór.
- Aha. – odparł niepewnie Ryu.
- Może i dobrze. – zaśmiał się Trey. – Chociaż nam nie przeszkadza.

~*~

                Zielonowłosy chłopak zauważył list wsunięty pod drzwi, wchodząc do mieszkania. Ubrany był w zielone spodnie i biała koszulę. Szybko zabrał przedmiot i z siatkami pełnymi zakupów ruszył do kuchni. Była ona dość duża. Wszystkie ściany zabudowane były mahoniowymi meblami. Podłogę pokrywały brązowe kafelki połączone białymi fugami. Na jednej z szafek stało zdjęcie w srebrnej ramce. Przedstawiało ono pewne małżeństwo. Blondwłosa kobieta ubrana była w fioletową suknie balową, a mężczyzna przyodziany był w czarny smoking. Wyróżniały go zielone włosy. Chłopak z namaszczeniem przejechał palcem po zdjęciu. Momentalnie mały duszek zaczął tulić się do jego policzka. Ubrany był w różowy kostium. W słońcu, wpadającym przez okiennice skrzyły się jego małe przezroczyste skrzydełka.
- Och, Cloe – zaśmiał się chłopak – Nie martw się , ten etap życia mam za sobą.
Po tych słowach duszek odleciał w tylko sobie znanym kierunku. W tym samym czasie Lyserg postanowił zrobić sobie obiad. Wyjął z szafki garnki i różne produkty potrzebne do wykonania zapiekanki pasterskiej. Po około godzinie mógł zasiąść do posiłku. Przez to, że stracił rodziców, nauczył się gotować, prać i sprzątać. Jego charakter też uległ zmianie. Przez krzywdy, których  doświadczył w dzieciństwie, zmienił się nie do poznania, z roześmianego dziecka w dość opryskliwego i ponurego młodzieńca. Po chwili do kuchni ponownie wleciała Cloe. W swoich małych dłoniach dzierżyła dzwonek wyroczni. Położyła go tuż przed talerzem Lyserga. Diethel wziął urządzenie. Niestety wyświetlacz był pusty. Zaraz po zakończeniu Turnieju dzwonki nie tylko umilkły, ale i zostały były zdezaktywowane. Nie było to zarządzenie Króla Duchów, ale Goldwy. Staruszka obawiała się włamań do serwerów rady i pobierania informacji na temat uczestników.
- Cloe, Turniej został zawieszony – mruknął szaman – Kiedy go wznowią, na pewno dzwonek wyroczni na pewno zadzwoni.
Duszka ta odpowiedź nie satysfakcjonowała. Wróżka obawiała się, że ktoś o nich zapomniał.
- Nie martw się, Yoh lub Ryu nas poinformują o rozpoczęciu Turnieju -  „O ile się w ogóle zacznie…” dodał w myślach. Wiedział, że jego stróżowi bardzo na tym zależy. Tęskniła za Mosuke, Cory czy Amidamaru.
- Dobrze, teraz idę sprawdzić pocztę, a później poćwiczymy różdżkarstwo.
Jak powiedział, tak zrobił. Zabrał z kuchennego blatu listy. Wolnym krokiem poszedł do salonu. Było to gustownie urządzone pomieszczenie. Ściany pokrywała beżowa, wzorzysta tapeta, a podłogę drewniane panele. Przy oknie stało biurko z ciemnego drewna. Znajdowała się na nim szara lampka i kilka rozrzuconych zeszytów. Po drugiej stronie pokoju stała zielona sofa i dwa fotele. Chłopak usiadł na jednym z nich. Większość listów była rachunkami=, które skrupulatnie płacił. Pieniądze miał ze spadku po rodzicach. Ród Diethelów był niegdyś znanym i szanowanym zarówno przez ludzi jak i szamanów klanem. Niestety podczas II Wojny Światowej wielu członków tej rodziny zostało zabitych. Została jedna linia tego rodu, której ostatnim żyjącym członkiem był Lyserg Diethel. Oczywiście była to oficjalna wersja. Jego dalsza rodzina żyła, tylko, że pod zmienionymi nazwiskami. Dobry kontakt chłopak utrzymywał ze swoją ciotką Margharet Lerie de Moriera(czyt. Margaret Lerje de Morjera ^^), francuską arystokratką brytyjskiego pochodzenia. Ona również była różdżkarzem i do tego bardzo utalentowanym. Niestety wiedziało o tym nie wiele osób. Ona też chętnie wysyłała zielonowłosemu pokaźne kieszonkowe.
Wśród listów przyniesionych przez chłopca, był tam też ten znaleziony pod drzwiami. Lyserg w osłupieniu czytał nadawcę tejże korespondencji. Momentalnie wzrosła w nim wściekłość. Miał ochotę wyrzucić list albo go rozedrzeć na milion kawałków i spalić w kominku.
Niestety ciekawość okazała się silniejsza…

~*~

Jedna z Karlsruh’skich* klinik pękała w szwach. Mimo, że znajdowała się na obrzeżach miasta nie mogła narzekać na brak chorych. Od lat prowadziła ją rodzina Faustów. Aktualnym właścicielem był Johann Faust VIII. Oczywiście zatrudniał on innych lekarzy, pracowników obsługi i pielęgniarki. Obok budynku szpitalu/przychodni znajdował się dom właściciela i jego ukochanej, niestety zabitej podczas napadu żony, Elizy. Tak jak przed laty, w piwnicach szpitala znajdował się gabinet Fausta I, pierwszego nekromanty. Dostęp do niego miał jedynie Johann. By chronić rodzinną spuściznę założył na to pomieszczenie specjalną cmentarną barierę. Oczywiście była ona zakamuflowana pod postacią „Łapacza Snów”. Jedyną różnicą od oryginału była malutka czaszka nietoperz umieszczona w największej obręczy.
W jednej z sal kliniki trwała operacja. Lekarzem był sam Faust VIII, była z nim jego ukochana Eliza, która była obecna podczas wszystkich zabiegów wykonywanych przez męża.
- Tracimy go – powiedział Johann. Już od ponad godziny walczył z wylewem krwi do jamy brzusznej. Kiedy wreszcie udało mu się zatamować wyciek, pacjent przestał walczyć  – Co robić?
Jego ukochana nie odzywała się, nie musiała, oboje rozumieli się bez słów. Wystarczyło jedno spojrzenie ukochanej, by mężczyzna wiedział co robić.
- Jesteś pewna? – spytał lekarz – No dobrze, ale musisz mi pomóc.
Kobieta jak na zawołanie rozpłynęła się w powietrzu by po chwili pojawić się razem ze swoim szkieletem. Zapytacie pewnie, jak duch może coś trzymać. Szkielet, nagrobek czy inną bardzo ważną rzecz w swoim życiu duch może podnieść. Oczywiście musi być bardzo silny. Zwykła dusza błąkająca się po cmentarnych uliczkach nie byłaby wstanie tego uczynić.
- Elizo, forma ducha! – po tych słowach kobieta wstąpiła w swój szkielet, by po chwili powrócić do swej „cielesnej formy”.
- Gotowa?
Kobieta, tylko skinęła.
- Zaczynajmy….

~*~

            - Przecież to nawet nie było śmieszne – krzyczeli ludzie oglądając czarnoskórego komika.
- Sam nie jesteś śmieszny – wrzasnął Choco. Tak kochani, po zakończeniu turnieju, nasz ulubiony kawalarz powrócił do Stanów by zarabiać na życie. Ubrany w kostium banana próbował rozbawić swoich klientów. Oczywiście z różnym skutkiem. Choć raczej negatywnym. Szkoda, że ludzie nie mają poczucia chociażby Piriki albo Tamao.
- Chodź Choco – powiedział mały blondynek. Ubrany był w garnitur, czyli obowiązkowy strój każdego ucznia Uniwersytetu Harvarda. Było już późno, a on musiał czekać na swojego przyjaciela.
- Czekaj opowiem jeszcze jeden żaaa…
- Nie!!! – krzyknęli ludzie stojący nieopodal.
- Nie znacie się na prawdziwej sztuce – mruknął smutno komik.
- Chodź – powiedział Morty. Po tych słowach razem ze swoim kolegą ruszył w stronę wynajętego mieszkania.
- Odzywał się do ciebie Yoh? – spytał po kilku minutach McDaniel.
- Tak – odparł z uśmiechem Oyamada, bardzo tęsknił za Yoh, ale wiedział, że to dla niego wielka szansa. Nawet Anna popierała jego decyzje. Co było dziwne, ponieważ za jednym zamachem straciła kucharkę, sprzątaczkę i chłopca na posyłki. W sumie, został jej jeszcze Yoh. – Mieli dzisiaj sprawdzian z biologii. Stwierdził, że w miarę dobrze mu poszło, bo Anna nie zasłoniła swojej kartki.

~*~

- Tamao, spróbuj jeszcze raz – powiedział Yomei. Ubrany był swoje codzienne kimono. Za to różowowłosa przyodziana był w swój dres, czyli ciemne długie spodnie i biała koszulkę.
- Oczywiście mistrzu – powiedziała dziewczyna. Po zakończeniu turnieju postanowiła się wziąć się za siebie. Regularnie ćwiczyła walkę razem z Ponchim i Konchim. Dwa psotniki bardziej wolały denerwować dziewczynę niż pomagać jej w doskonaleniu siebie. Tamara od niedawna ćwiczy również wizjonerstwo pod okiem Mikichisy i Keiko oraz medytacje razem z uczennicami Kino. Treningi z rodzicami bliźniaków były dość trudne. Dlatego, że Mikichisa cały czas czuje skutki walki z Zekiem, a Keiko całe dnie spędza w świątyni. Prowadzi ona również dość znaną na terenie całej Japonii firmę, z której utrzymuje się rodzina. Hm… Przedsiębiorstwo to zostało założone jeszcze przez rodziców Yomei jako dodatkowe źródło dochodu, ponieważ rozległe tereny wokół Izumo, w okolicach Osorezan należą od wieków do klanu Asakura.
- Jeszcze raz - powiedział staruszek – Skup, że się dziewczyno.
- Ale to oni… - mruknęła dziewczyna wskazując na dwa duchy śmiejące się z leżącej na ziemi dziewczyny.
- Chyba Kino przydadzą się dwa duchy by uczennice mogły poćwiczyć odsyłanie dusz na tamten świat.
- Nie, nie, my będziemy grzeczni – krzyczeli przez siebie.
- Mam nadzieję – odparł najstarszy z Asakurów.

~*~

- Dziecko, żeby opanować tą technikę, potrzeba talentu, czasu i ciężkiej pracy. Czy jesteś na to gotowa?
- Oczywiście.


~*~

Witajcie, kochani. Wiem, że rozdział miał być na początku maja, ale chyba wszystkim ten miesiąc w dziwnych okolicznościach uciekł. A jak wam minął ten piękny choć burzowy okres? Mi bardzo przyjemnie. No może prócz, tego, że w kółko musiałem się uczyć, ale ja się nie martwię. Czerwiec i tak będzie sto razy gorszy. Chciałbym wszystkich przeprosić za to, że u kogoś nie skomentowałem. Wiem, że chyba na 100% u Spokoyoh i Yohao♥. Które nawiasem mówiąc są jedynymi czytelniczkami tego bloga. Znaczy się komentującymi. Na prawdę, ja nie wymagam wypracowania na stronę A4, tylko kilka słów. Dla was to chwila, a mi jest miło gdy widzę, że się komuś podoba. W maju też przeszedłem staż w szabloniarni Krytyczna Biel. Nom i są tam nawet szabloniki z SK. Łącznie 5 chyba, i jedno zamówienie też z naszym ukochanym anime|mangą. Serdecznie zapraszam[Link] i tam we wcześniejszym jest z Yoh i Anną [Link]. Obrazki z szablonów wolnych pochodzą z prywatnych zasobów Yohao♥ i Spokoyoh. Jesteście nawet w kredytach jako numerki 14 i 15. Jeśli macie jakieś fajne obrazki możecie wysyłać, chętnie z nich coś zrobię. 
Wiecie, że 22 maja ten blog skończył już pierwszy roczek. Jupi ^^
A jak wam się podoba szata graficzna tego bloga. Sam ją zrobiłem. nagłówek trochę za ciemny, ale to się da poprawić. Oczywiście tamten szablon również był bardzo fajny, ale trochę ponury i sprawiał mi trochę kłopotów. Co by tu jeszcze. A słyszeliście, że czytnik google ma być usunięty, a co za tym idzie funkcja obserwatorzy. Jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć zapraszam do Szarej Kawiarenki bloga prowadzonego przez Aleksandrę(dawniej Lien) znanej z opowiadań o SK np. "Day&Night". Chętnych zapraszam[Link].
Chciałbym zaprosić was na opowiadanie o SK autorstwa Karmen, na prawdę warto, bo dziewczyna genialnie piszę. Zapraszam [Link
Następny rozdział w drugiej połowie czerwca.
No to już chyba wszystko. jak coś dodam edit albo napiszę następnym razem.
Pozdrawiam ^^

6. Magia żywiołów


- Gotowy na pierwszy dzień pracy? – odezwała się Layla. Ubrana była w białą, lnianą bluzkę i czarne rurki. Na nogach miała ciemne baleriny. Swoje blond włosy upięła w luźny kok.
- Oczywiście – uśmiechnął się Hao. Przyodziany był w czarne spodnie, fioletową bluzkę, ciemną kamizelkę i  niebieskie trampki. Włosy związane miał w niską kitkę, niestety musiał zdjąć swoje kolczyki. Takie wymogi BHP. Oczywiście był to tylko strój firmowy, a jego peleryna grzecznie na niego czekała – Mam nadzieję, że ty dasz sobie radę.
- Asakura, nie pyskuj, tylko bierz się do pracy! Za dziesięć minut otwieramy.
- Tak jest – zasalutował szaman. – A gdzie reszta personelu?
- Patrzę na nią – uśmiechnęła się blondynka. Przez te dwa tygodnie zdążyła polubić Hao. Nawet kazała mu się zwracać do siebie po imieniu. Jakby nie patrzeć, była od niego starsza tylko o dziesięć lat.
- Ja mam to wszystko ogarnąć? – zbulwersował się młody szaman. Lokal nie był może wielki, ale pięćdziesiąt osób na luzie by się zmieściło.
- Złość piękności szkodzi – zaśmiała się Hottari* – Ja też tu jestem.
- Zamierzasz pracować?
- Nie, usiądę i popatrzę jak sprzątasz stoliki.
- Haha, bardzo śmieszne – mruknął brązowowłosy – Ja serio pytam.
- No przecież mówię – powiedziała podając mu klucze – Otwieraj lokal.
                No tak, dziewczyna nie była tak głupia, by otwierać drzwi, gdy tłum czeka pod drzwiami, aby wedrzeć się do lokalu. Hao zgrabnym ruchem otworzył drzwi na szeroko. Tak jak się spodziewali, tłum balangowiczów wkroczył do pomieszczania. Zatrudniony na tą noc DJ zaczął puszczać muzykę, więc impreza ruszyła pełną parą.
- Asakura. Zapiekanki na jedenasty stolik, ale z życiem! - Hao nie miał lekko. W kółko podawał zapiekanki, pizzę i inne artykuły na stoliki.
                Była już czwarta trzydzieści trzy, a zabawa nadal trwała. „Jeszcze tylko półtorej godziny i do domu (w tym wypadku obozu)” – przemknęło przez myśl szamanowi. Nogi miał jak z waty, całą noc spędził chodząc. Nie mówmy lepiej o rękach, które wołały o pomstę do nieba. Wszystko go bolało, a Duch Ognia chciał zacząć z nim treningi. „Co ja takiego mu zrobiłem?” – krzyczał w myślach Asakura.
                Nareszcie koniec na dziś. Znaczy na rano, bo wieczorem znów trzeba przyjść do pracy. Lokal otwarty był codziennie. Z jednej strony męczarnia, a z drugiej strony wyższe zarobki. No, ale jak na pierwszy dzień nie było źle. Stłukł tylko dwie szklanki i pomylił trzy zamówienia. Kto by się tym przejmował? Tylko jeden wegetarianin dostał hamburgera z potrójnym serem, ale bez odrobiny warzyw. Odgrażał się trochę, ale butelka darmowego piwa od razu zażegnała spór.
- Do zobaczenia Asakura – uśmiechnęła się Layla wchodząc do małej szatni dla personelu. W sumie były tam tylko trzy szafki na ubrania, stolik, dwa stare fotele, dywan i drzwi(zapewne od łazienki). Ścianę i podłogę pokrywały kafelki. Te na ścianach były jasnozielone, a na podłodze jasnobrązowe.
- Nie umiesz pukać? – Hao stał na środku pokoju, zapinając rozporek, a pelerynka grzecznie czekała na niego na fotelu.
- No przestań – zaśmiała się szefowa – Muszę integrować się z personelem.
- Podglądając go? – zdziwił się szaman.
- Od czegoś trzeba zacząć – odpowiedziała hardo dziewczyna – Pamiętaj, masz być o dziewiętnastej.
- Oczywiście – uśmiechnął się Hao. Już w pełni ubrany, zaczął kierować się w stronę obozu. Szedł wolnym krokiem. Był strasznie zmęczony. Całą noc pracował, a jeszcze trening. Ogólnie to się cieszył. Gdyby nie okoliczności w jakich się znajduje. Nie miał ochoty nawet się ruszyć. Dziś pozna techniki władania nad żywiołami. Teoretycznie już je zna. Gorzej z praktyką. Po kilkunastu minutach dotarł do obozu. Nie był on może super genialny, ale nie najgorszy. Składał się z namiotu, który Hottari chciała wyrzucić, paleniska i groty.
- Dobranoc Duchu Ognia – powiedział szaman wchodząc do namiotu. Marzył już tylko by się wyspać – Obudź mnie...
- …na trening – przerwał mu Yakei.
- Ale…
- Nie ma żadnego „ale” – odparł Seishin – Sam mi kazałeś pilnować Cię żebyś trenował, a nie wykręcał się.
- Dobra – mruknął zrezygnowany szaman – Dobranoc.
Po tych słowach Asakura momentalnie zasnął. Ostatnia noc nieźle dała mu się we znaki. Nie był pewny, czy duch mu odpowiedział. Niestety, więcej niż pięć godzin nie pośpi. Ale to miało być rozwiązanie tymczasowe. Dopóki nie nauczy się panować nad gwiazdą jedności. Najgorsze było to, że Asaha Douji Asakura uczył się tego aż dwadzieścia lat, a on? Był pewien, że w życiu się nie nauczy. No, ale cóż. Warto spróbować. Jak mu się nie uda za pierwszym razem, to może za drugim, trzecim, kolejnym.
- Wstawaj! – krzyk Ducha Ognia wyrwał Hao ze snu. Niestety młody szaman nie wiedząc co się dzieje, uderzył swoją asakurzastą łepetynką w rurkę, która podtrzymuje konstrukcje namiotu.
- Co się stało? – spytał Hao, próbując wygramolić się z tymczasowego domku.
- Trening się stał – odparł duch – No co się tak patrzysz? Ruszaj się. Znalazłem dość sporą polanę, będziesz mógł tam ćwiczyć.
- A to nie mogę? – zdziwił się młody Asakura.
- Chcesz spalić obóz?
- Aaa… Chyba, że tak.
Szli kilka minut. Znaleźli się na dużej polanie, którą przecinała rzeka, z resztą ta sama, co mija jego obozowisko. Na łące kwitły polne kwiaty: białe stokrotki, różowe bratki i żółte ziarnopłony. Oczywiście nie zabrakło soczystej trawy, w której chowały się zające i inne drobne zwierzęta. Przestrzeń ogradzały wyniosłe sosny, brzozy i topole. W oddali słychać było śpiew skowronków i popukiwanie dzięciołów. W strumyku odbijało się majowe słońce. Można by rzec, że był dziś piękny dzień, nieokalany żadną, nawet najmniejszą chmurką.
- Od czego zaczynamy? – spytał Asakura.
- Od wody.
- Co? A nie od ognia?
- Ech… - westchnął duch – To może zaczniemy od teorii – długowłosy tylko skinął głową – Może lepiej przycupnij, to będzie dość długa lekcja – po tych słowach Asakura grzecznie usiadł – Będziesz uczył się panowania nad czterema elementami: wodą, ziemią, ogniem i powietrzem. Każdy z nich jest inny. By panować nad aquą** musisz być jak ona. Podążać jej śladem, zmieniać kierunki pływów, stany skupienia. Nie możesz panować nad nią, tylko się z nią zjednać. Być nią. Terra** jest za to twarda i nieustępliwa. Aby ją zrozumieć musisz być jak mur, skała czy lawina. Aer** jest zmienny. Raz jest leciutkim wietrzykiem, by za chwile stać się potężnym huraganem czy tornadem. – duch zrobił na chwilę pauzę – Ignis** jest żywy, dynamiczny. Może siać spustoszenie. Jeśli stracisz nad nim kontrolę, on dalej będzie pochłaniał. Taka jest właśnie różnica. Woda, ziemia czy powietrze bez ciebie ucichną, a ogień nie. Dalej będzie trawił wszystko co stanie mu na drodze. By go opanować, musisz go zrozumieć. Zobaczyć jak się tworzy, jak żyję. Dlatego nauczysz się go na końcu…
- Nie lepiej od razu zaczął od najtrudniejszego. Potem będzie już z górki – przerwał mu Hao.
- Nie – odparł Yakei – Jesteś jeszcze zbyt słaby.
- Ja słaby! – krzyknął długowłosy.
- Dobra, powiedzmy niedouczony – Ducha Ognia śmieszyło zachowanie Asakury. Zachowywał się jak dziecko. Dziecko, na które leciała każda dziewczyna w dyskotece.
- Teraz podejdź do strumyka i spróbuj się z nim połączyć.
- Jak mam się z nim połączyć?
- Nie wiem. Asaha nauczył się tego tysiąc lat temu, a ja zacząłem mu towarzyszyć pięćset lat później.
Po tych słowach na głowie Asakury pojawiła się charakterystyczna kropelka. Jak on chce go czegoś nauczyć? Przecież sam nie wie jak. Lecz czy aby na pewno?
- Spróbujmy – powiedział Hao podchodząc do rzeczki. Wyciągnął obie dłonie mad taflę wody, zamknął oczy i zaczął nimi poruszać. Raz w górę, raz w dół. I znowu. – Nic się nie dzieje – mruknął szaman.
- Nikt nie powiedział, że będzie to łatwe – odparł Yakei – Będziesz to ćwiczył, aż ci wyjdzie.
- Ok – powiedział zrezygnowanie Asakura. Zamknął oczy i ponownie próbował zawładnąć nad wodą. Niestety była to wyższa szkoła szamaństwa. Nic nie pomogło. Krzyki, obelgi, prośby. Zero reakcji. Strumyk jak płynął tak płynął.
- Wracajmy – powiedział duch.
- Poczekaj – mruknął Hao – Zaraz mi wyjdzie.
- Zaraz to cię wyleją z pracy. 
- Co?! – Hao spojrzał na słońce – No tak, już mogła być osiemnasta. Dobra, chodźmy.
Szli dość szybkim krokiem. Znaczy się Hao szedł, a Duch Ognia leciał przy jego głowie w formie płomyka. Niestety nie utrzymali długo takiego tempa. Ostatnia noc dawała się Hao we znaki. Dlatego większość trasy przebyli wolnym spacerkiem. Szli teraz o wiele dłużej. Nie uważali tego czasu za stracony, ponieważ wysłuchali koncertu ptasiego chóru.
- Jestem! – krzyknął Hao wchodząc do lokalu. To co zobaczył, przeraziło go. Wszędzie balony, serpentyny i inne okazyjne ozdoby.  Nie, nie była to stypa, tylko urodziny.
- Co to jest? – spytał szaman podchodząc do szefowej. Ubrana była w piękną suknię w kolorze seledynu (Dokładnie nie wiem co to za kolor, ale fajnie brzmi.), a jej blond włosy opadały kaskadami na odkryte ramiona. Twarz dziewczyny pokrywał lekki makijaż.
- Dzisiaj organizujemy urodziny dla sześciolatki.
- Czemu nic mi nie powiedziałaś? – dopytywał się Hao.
- Asakura, nie oszukujmy się. Z własnej woli nie przyszedłbyś na imprezę rodem z bajek Disney’a. Księżniczki, piękne suknie. No i panowie w smokingach. Wiesz, takie klimaty. W szatni czeka na ciebie garnitur.
- Ga… Garnitur – zająkał się długowłosy. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale uprzedziła go Layla.
- Żadnego „ale”. Tylko szybko się przebierz.
Hao mamrocząc coś pod nosem ruszył w stronę szatni. Minął suto zastawione stoły i już po chwili wszedł do małego pomieszczenia. Zobaczył na fioletowym fotelu czarny garnitur. Dość niechętnie zaczął się rozbierać. Ku jego uciesze krawat był już zawiązany, wystarczyło go tylko przełożyć przez głowę i gotowe.
- Hao po kilku minutach powrócił ubrany w czarny smoking(zdjęcie na końcu). Jego mina wyrażała wszystko. Nie był zadowolony z takiego obrotu sprawy.
- Spójrz na to inaczej – uśmiechnęła się słodko Hottari – Dziś kończymy wcześniej.
- Chociaż jeden plus – mruknął ponuro Asakura.
- No, rozchmurz się – powiedziała – Będzie dobrze. Razem damy radę.
- To mnie pocieszyłaś.
- Dzisiaj mamy tylko ich pilnować. Odpowiadamy tylko za lokal i dzieci. Resztą rzeczy zajmuję się catering.  
- Dobra i tak już nie ucieknę – zawołał szaman – Patrz, mamy pierwszych gości.
- Idź, pobaw się w lokaja czy coś – odparła szefowa, popychając go w stronę drzwi.
Goście bawili się świetnie. Ubrani byli jak na prawdziwy królewski bal. Oczywiście też tak się zachowywali. Ukłony i miłe słówka były priorytetem. Hao i Layla siedzieli tylko za barem i spoglądali na bawiące się dzieci. Asakurze nie mieściło się w głowie, po co kazano mu się przebierać w garnitur jak i tak tylko siedzi w kącie. Hottari ujęła to tylko słowami „Klient płaci, klient wymaga”. Kiedy blondynka poszła się odświeżyć do łazienki do młodego szamana podeszła malutka brunetka. Oczywiście pięknie ubrana, w różową sukienkę, na głowie miała diadem księżniczki.
- Proszę pana! – zawołała dziewczynka.
- Tak? – odparł Asakura, kucając przed rozmówczynią.
- Jak ma pan na imię?
- Hao, a ty?
- Astrid – powiedziała dziewczynka – Co pan robi z włosami, że są takie śliczne. Chciałabym kupić prezent mamusi. Tylko nie wiem jeszcze co.
- Ja? – zdziwił się szaman – Nic szczególnego, one po prostu już takie są.
- Aha – powiedziała cichutko dziewczynka. Była pewna, że znalazła idealny prezent dla matki.
- A co lubi twoja mama? – próbował pocieszyć małą.
- Konie - zawołała dziewczynka.
- To może poszukaj dla niej coś, co jest z nimi związane.
- Czyli mam szukając dla niej prezentu, myśleć jak ona. Stać się nią. Dziękuje. – krzyknęła entuzjastycznie dziewczynka, biegnąc w stronę stolików.
Ostatnie słowa brunetki bardzo go zdziwiły. „No tak, muszę być jak woda, zrozumieć ją” – pomyślał szaman. Teraz już wszystko zrozumiał. Rozwiązał zagadkę. Gdyby nie zobowiązania zawodowe, biegłby już w stronę polany treningowej. Niestety nie chciał podpaść szefowej już drugiego dnia.
- Duchu Ognia – powiedział szeptem szaman, tak by tylko on usłyszał – Już wiem jak opanować żywioły.
- Jesteś pewny? – dopytywał Duch Ognia.
- Na sto procent.
- Okaże się – mruknął Yakei.  .

*~*~*

*Hottari - Jest to nazwisko Layli.
**Aqua, Terra, Aer, Ignis - Są to łacińskie nazwy żywiołów.

A teraz zdjęcie Hao w garniturze, ale bez róży. Umówmy się, że kwiatek usechł.

Wszystkie osoby piszące o Shaman King zapraszam do Spisu blogów SK. A także na prolog mojego drugiego opowiadania. Wystarczy kliknąć w button znajdujący się w prawej kolumnie. W kwietniu nie przewiduję już rozdziału. Wiecie, egzaminy te sprawy. Dziś rozdział ma tylko 4 strony. Nie chciałem go na siłę naciągać.  Mam nadzieję, że rozdział wam się spodobał.
Pozdrawiam ;*

EDIT:
Jeśli nie macie pomysłu na komentarz napiszcie tylko "Przeczytałem".

EDIT2(23.04.2013):
Rozdział poprawiony według wskazówek Yohao♥.

5. Biblioteka Tao

                Od próby młodego Tao minęły już trzy tygodnie. Nikt nie wiedział co się z nim stało. Ran chodziła przygnębiona. Jak każda matka czuła strach przed utratą dziecka. Ching całe dnie medytował, pojawiał się tylko na obiadach. Inne posiłki konsumował w zaciszu swojego pokoju. Jenny wyjechała do Ameryki Południowej żeby wykonać zadanie powierzone jej przez ojca. En milczał. Tak jakby nie chciał przyznać się do błędu, że wysłał go tam zbyt wcześnie. Lecz skąd miał o tym wiedzieć? Ostatni raz ten rytuał wykonano pięćset lat temu. On wiedział tylko jak go zainicjować. Tym razem nie miano go wykonywać. Niestety po ostatnich wydarzeniach w Dobie zdecydował, że to niezbędne. Yoh był zbyt silny, a to Ren miał wygrać. Przywrócić klan Tao na szczyt. Nie ma innego wyjścia.
                Jue każdą chwile spędzała z Jun. Chciała podnieść ją na duchu. Jej też zależało na Lenie. Do tej poty nikt nie wie, że jest szamanką. A to już czegoś dowodzi. Pokazuje, że jemu mogła zaufać. Był jeden problem. Dziewczyna nie wiedziała czy młody Tao żyje.
                W tym samym czasie w innej części potężnej rodzinnej fortecy budził się młody szaman. Czuł prze potworny ból. Każda tkanka jego ciała wyła z bólu. Chłopak leniwie otworzył oczy. Wpatrywał się w czerwony sufit. Chciał krzyczeć. Udało mu się. Przeszedł ten cholerny test. Badanie, którego ceną było jego własne życie. Był z siebie dumny. Pierwszy raz był lepszy od wuja. Od Jenny. Od całej rodziny. Wreszcie dorówna Yoh. Pokaże, że on też jest wielkim szamanem.
                - Już wstałeś – usłyszał znajomy głos – Jednak przeszedłeś test.
                - Wątpiłeś w to – odpowiedział spokojnie młody Tao. Zbyt stoicko.
                - Hm… - lewa brew wuja uniosła się wysoko do góry – Sądziłem, że będziesz bardziej wyszczekany.
                - Nie prowokuj mnie – znów to samo. Ten cholernie miły głos. Jedno się nie zmieniło. Znów przemilczał swoją prawdziwą wypowiedź, w tym przypadku „Zamknij się”.
                - Później do ciebie przyjdę – głos wuja wyrwał go z otępienia – Teraz odpocznij.
                Po tych słowach wyszedł z komnaty. Dochodziła pora obiadu, więc swoje kroki skierował ku jadalni. Jak widać tylko na niego czekali. Po wymienieniu wszystkich uprzejmości zasiedli do posiłku.  W jadalni panował półmrok. Jedynym źródłem światła były starochińskie kinkiety. Ich promienie padały na ciemnoczerwone ściany i drewniane podłogi. W pomieszczeniu panowała głucha martwota.  Nikt się nie odzywał, jakby bał się zburzyć tą niczym niezmąconą cisze. W pewnym momencie odezwała się zielonooka:
                - Czy mogłabym obejrzeć waszą bibliotekę?
                - Bibliotekę… - powtórzyła głucho Ran.
                - Tak, ja bardzo lubię czytać – odparła Jue.
                - Oczywiście, możesz przejrzeć nasz zbiór ksiąg – odparł po gruntownym namyśle En – Choć musze cię ostrzec, że biblioteka zajmuje aż trzy kondygnacje.
                - Nie, nie ma problemu. Ja mogę spędzać całe dnie z nosem w książkach.
                -  Jun cię zaprowadzi – odparł En, a po chwili pożegnawszy się wyszedł.
                Po obiedzie Jue i Jun ruszyły w stronę biblioteki. Szły długimi korytarzami również oświetlonymi kinkietami. Nie było z nimi Lee Pai Long’a, który ukrywał się w pokoju swojej doshi. Nadal nikt nie wiedział o tym, że ciemnowłosa jest szamanką. No oczywiście oprócz panicza Tao. Niestety miejsca jego pobytu też nikt nie znał. Kiedy doszły do pomieszczenia Jun niespodziewanie się odezwała:
                - Myślisz, że Len żyje?
                - T…tak – odparła po chwili wahania zielonooka – Ja wierze, że żyje. Czuje to.
                Młoda Tao po usłyszeniu odpowiedzi bez słowa ruszyła w tylko sobie znanym kierunku. Słowa Jue ją uspokoiły. W tym samym czasie rzeczona szamanka przekroczyła wrota prowadzące do ogromnego pomieszczenia. W rzędach ustawione były długie regały po brzegi wypełnione książkami. Kryształowe żyrandole nadawały temu pomieszczeniu magii. Mimo, że rodzinna posiadłość Tao była oddalona od miast, spełniała wszystkie wymogi by stać się pięciogwiazdkowym hotelem. W katakumbach wytwarzano prąd, znaczy kyoshi to robiły, wprawiając siłą swoich mięśni ogromne koło. Zastępowały one przysłowiowego osła podążającego całe życie za marchewką. Wnętrze zrobiło na Jue ogromne wrażenie. Przez kilka minut wpatrywała się w ręcznie rzeźbione meble. Biblioteka Tao, o wiele różniła się od tej przyświątynnej. Dziewczyna wolnym krokiem wędrowała między półkami. Zatrzymała się przy jednej z nich. Uniosła rękę do góry, by po chwili pochwycić jedną z ksiąg. Obita była skórą jakiegoś zwierzęcia. Wypalony był na niej napis „Α&Ω”. Ściągnąwszy jeszcze kilka książek usiadła ma podłodze. W ciszy pogrążyła się w lekturę. Co chwili brała kolejną zdobycz. Większości nie rozumiała. Były to zbiory z całego świata. Na niższym piętrze znalazła oryginalny rękopis „Koranu”, czyli świętej księgi Żydów. Dziewczyna była pewna, że gdyby przeszukać dokładnie tą bibliotekę znalazłoby się jeszcze wiele takich dzieł. Na przykład biblie Jana Gutenberga. Tylko skąd oni to wszystko mieli. Najważniejsze muzea świata nie posiadają aż tylu dzieł, co tu. Może je wykradli? Dostali? Mimo wielu godzin szukania zielonooka nie znalazła nic na temat próby młodego Tao. Może raczej rytuału. Ciemnowłosa nawet nie wiedziała dokładnie co to było. W tym problem. Szukasz czegoś, chociaż nie wiesz tak naprawdę czego. Jue wolnym krokiem ruszyła w stronę schodów prowadzących na najniższą kondygnację biblioteki. Nie była pewna co tam znajdzie. Czy będzie tam tak pięknie jak tu? Westchnęła głośno. Buddo, czego ona się boi? Schodów? Po chwili otępienia złapała ramę schodów. Była piękna. Pokryta złotem. A także ozdobiona wieloma ornamentami. Najniższe piętro nie różniło się wiele o tych wcześniejszych. Te same ściany, meble. Tak jakby twórca posiadłości od razu postanowił zgromadzić aż tak wielki zbiór książek. Nie wiedzieć czemu Jue ruszyła w lewo. Nogi same ją tam ciągnęły. Oczywiście nikt jej do tego nie zmuszał. Chciała i poszła. Lecz czy aby na pewno? Może jakaś dziwna siła chciała żeby tu się znalazła. Dziewczyna po chwili marszu dotarła do końca biblioteki. Oczywiście każda ściana pokryta była zbiorami ksiąg. Uwagę dziewczyny przykuła jedna z półek. Wydawała się dziwna. W sumie nie było w niej nic nadzwyczajnego. Stary mebel pokryty książkami i kurzem. Dziewczyna dotykając jednej z lektur poczuła przyjemne mrowienie. Dotknęła kolejnej. To samo. I znów. Po chwili odsunęła się od regału. Podeszła do innego, stojącego obok. Drżącą ręką go dotknęła. Nic. Żadnego uczucia. Zero. A mogła przysiąc, że wcześnie coś czuła. Wróciła do wcześniejszego regału. To uczucie powróciło. Znów „mrówki” chodziły po jej dłoni. Ciągle trzymając dłoń na tej gablocie, drugą rękę położyła na innej. Nic. Oznaczało to, że tylko z tym regałem jest coś nie tak.
                Ren już od kilku godzin wylegiwał się w łóżku. Strasznie mu się nudziło. No bo co można robić samemu w łóżku (bez skojarzeń). Wuja nie było widać. A na pewno nikomu nic nie powiedział. Znał go już dobrze. Nigdy nie umiał przyznać się do porażki. Nadal uważa, że jego metody wychowania były dobre. Ren to szanował. Lecz gdy tylko przejmie stanowisko głowy rodziny wiele zmieni. Na pewno ma taki zamiar. A co z tego wyjdzie to się zobaczy. Dla Lena najważniejsze jest to, żeby nigdy nie stać się podobnym do swojego wuja. Fioletowo włosy postanowił rozprostować kości. Powoli wstał. Nie czuł już bólu. Był on chwilowy. Zaraz po przebudzeniu cierpienie minęło. Tak jakby nigdy go nie było. Ren był dość skąpo ubrany, bo tylko w ciemne bokserki. Na szczęście jego ubranie leżało na zielonym fotelu. Ogarnąwszy wzrokiem pokój, znalazł drzwi do łazienki. Mimo, że łazienka nie należała do dużych pomieszczeń była przytulna. Ściany i podłogę pokrywały jasno-niebieskie kafelki. W pomieszczeni znajdowała się umywalka, sedes i prysznic. Do, którego udał się młody Tao. Ciepła woda obmywała jego ciało. Wcześniej jego skóra pokryta było warstwą kurzu, pochodząca z „tajemniczego pokoju”. Po kilku minutach wyszedł z łazienki już w pełni ubrany. Trochę zeszło mu się z ułożeniem włosów w czub, ale bez niego nie mógł się nigdzie pokazać. Zamknąwszy drzwi od pokoju ruszył korytarzem w stronę swojego pokoju. Niestety był on po drugiej stronie posiadłości. Ren szedł po woli, zastanawiając się jak na jego zniknięcie zareagowała Jue. Znaczy Jun. Młody Tao skarcił się za to, że najpierw pomyślał o nowej koleżance siostry, no i może jego, a nie o swojej kochanej siostrze. Momentalnie zatrzymał się przy jednych z drzwi. Prowadziły one do biblioteki. Dziwne uczucie niepokoju kazało mu tu wejść. Szamani już tak mają. Zdarza im się wyczuwać niebezpieczeństwo, jak Spiderman. Przecież tu nikogo nie ma. Mimo, że był tu ogromny zbiór książek rzadko tu wchodził. Może dlatego, że zawsze najważniejsze były treningi. Panicz Tao wolnym krokiem schodził zdobionymi schodami. Podążał w stronę,  którą wcześniej podążała zielonooka. Po chwili zobaczył ciemnowłosą. Wyglądało to dość komicznie. Dziewczyna „macała” książki na dwóch sąsiednich regałach.
                - Co ty robisz? – odezwał się złotooki.
                - Nie widać – dopiero po chwili Jue obróciła głowę i zobaczyła Rena – Len! – pisnęła dziewczyna biegnąc w stronę zdziwionego chłopca. Rzuciła mu się na szyję. Niestety panicz Tao nie wiedział co ma zrobić. Nigdy jakoś zbytnio nie okazywał uczuć. Nawet wobec swoich przyjaciół. Ostatecznie objął lekko dziewczynę. Dopiero po kilku chwilach dotarło do shiru co takiego zrobiła. Od razu odsunęła się od złotookiego. Czuła jak się  rumieni. Spuściła głowę.
                - Przepraszam – mruknęła
                - Ponawiam pytanie. Co tu robisz?
                - J…Ja – zająkała się dziewczyna – Czytam, a tam znalazłam coś dziwnego. – powiedziała wskazując na jeden z regałów. Szybko do niego podeszła.
                - Dotknij go – poprosiła.
                - Po co? – widząc spojrzenie ciemnowłosej dotknął mebel – No i?
                - Nie czujesz? – zdziwiła się zielonooka, od razu dotknęła regał. Czuła mrowienie.
                - Nie czujesz tego mrowia? – spytała.
                - Coś ci się po prostu wydaje. – odparł młody Tao.
                - Nie! – wybuchła młoda szamanka – Tam coś jest. Chroni to jakaś tarcza albo….
                - …pieczęć – dokończył za nią panicz Tao – Umiesz ją złamać?
                - Zaraz się okaże – powiedziała spokojnie Jue – Odsuń się.
                Po tych słowach dziewczyna zamknęła oczy i próbowała się skupić. Kiedyś uczyła się łamać  pieczęcie. Ale czy da sobie rade z taką? Okaże się. Wystarczy, że zmagazynuje dość mocy, a uda się jej. Nie wiedziała ile czasu minęło, ale była pewna, że jest gotowa. Teraz albo nigdy. Rozpoczęła taniec dłoni. Wykonywała w powietrzu dziwne znaki, które z każdym momentem coraz bardziej przypominały pieczęć. Skończyła. Jednym silnym pchnięciem wypuściła zaklęcie w stronę regału. Oboje patrzyli na mebel. Nic, nawet nie drgnął.
                - Liczyłem na lepszy efekt – powiedział fioletowo włosy, spoglądając na dziewczynę.
          - Ja… - nie dokończyła, ponieważ regał się otworzył, ukazując oświetlone pochodniami schody. Wszystko wykonane było z jasnego kruszcu - …też
        Wolnym krokiem ruszyli w stronę nowego pomieszczenia. Nie było w nim nic prócz starych schodów.  Wszystko pokryte było grubą warstwą kurzu i pajęczyn.
- Idziesz? – spytał młody Tao kierując się w stronę schodów, oczywiście wcześniej wziął jedną z pochodni leżących na podłodze.
- Ja? – spytała.
- A widzisz tu kogoś innego – odparł spokojnie młody Tao.
- Boję się – mruknęła cichutko dziewczyna.
- Przecież idziesz tam ze mną. Nic Ci się nie stanie. – rzucił przez ramie młody Tao – No chodź!
- Idę.
Z każdą chwilą podążali w dół. Powietrze robiło się coraz gęstsze. Było czuć odór stęchlizny.   Niestety końca tunelu nie było widać. Szli w milczeniu. Oboje zastanawiało dokąd prowadzi ten tunel. Złotooki cały czas patrzył się przed siebie, no i pilnował by Jue zbyt się nie poobijała. Rzeczona szamanka z uwagą oglądała kamienne ściany, szukając w nich odpowiedzi. Niestety nie były one zbyt rozmowne.
- Spójrz! – krzyknęła Jue, pokazując na dziurę w jednym z kamieni. Była ona na wysokości około metra dwadzieścia. Tak jakby specjalnie ją w tym miejscu umieszczono. Jedynie osoba spostrzegawcza ją zobaczy. A jak nie, to nadal będzie podążać w dół tunelu.
- Dziura jak dziura. – odparł z ironią młody Tao
- Patrz, ona ma regularne kształty. To jest sześciokąt.
- Pokaż – Len zaczął przyglądać się dziurze z uwagą, jakby było to dzieło sztuki.
- Tam trzeba coś wsadzić. – odparła dumnie Jue.
- Wsadzić? – spytał ze zdziwieniem młody szaman.
- Tak – powiedziała shiru – Tylko co?
- Nie wiem – mruknął Ren, wzruszając ramionami.
- To musi być coś starego, coś co w waszej rodzinie jest od zawsze.
- Od zawsze? – spytał z uśmiechem szaman – Miecz Błyskawicy.
- Gdzie on jest?
- Tu - powiedział Ren, wyciągając przy okazji białą broń z kieszeni. Oczywiście była ona złożona.
- A gdzie reszta miecza? – spytała z dezaprobatą – Złamałeś go?
- Nie, to jest cały miecz – powiedział rozkładając ostrze. Teraz o wiele lepiej się prezentowało. Jednym silnym ruchem  można było nim kogoś zabić. Złotooki spokojnym ruchem zaczął wpychać go w dziurę. To właśnie on był kluczem do zagadki. Pasował idealnie. Kiedy tylko rękojeść dotknęła muru tajemnicze wrota zaczęły się rozsuwać. Ściana rozdzieliła się w miejscu miecza. A całe obramowanie „drzwi” rozpaliło się światłem. Szamani musieli zasłonić oczy, by nie stracić tego zmysłu na zawsze. Po chwili wszystko ucichło.
- Ciekawe, co nas tam czeka? – odezwała się szamanka.
- Zaraz się okaże. Trzymaj się blisko mnie.
Po tych słowach ruszyli w ciemną przestrzeń. Niestety nic jej nie rozświetlało. Jedynym źródłem światła była więc pochodnia, która znała pewnie jeszcze Asano-ha Asakure. Szli wolnym krokiem. Zbytnio nie widzieli gdzie idą. Najgorsze, że powietrze też nie było zbyt przyjemne. Przepełnione był siarką i bóg wie czym jeszcze. Doszli do starych drzwi.
- Ja nie idę dalej – powiedziała z przekorą dziewczyna.
- No przestań, już tyle przeszłaś – oświadczył z niezadowoleniem Len – Nie mów, że peniasz. Normalnie jak Choco.
- Nie peniam – odrzekła dziewczyna – A jak nas tam coś zeżrę.
- Obiecuje, że nic Cię tam nie zeżre.
- Dobra, chodź – powiedziała z uśmiechem Jue. Ta dziewczyna potrafi zadziwić. Przed chwilą była bliska płaczu. A teraz. Szczerzy się jak Asakura. Ciekawe co tam u nich? Ren nie miał czasu na przemyślenia, ponieważ zielonooka z impetem weszła do pomieszczenia. Było wielkie. Na środku stał ołtarz, a na nim mała skrzyneczka. Pomieszczenie oświetlone było przez dziwne kamienie. Może diamenty albo rubiny. No, ale jak one świecą? Ściany pokryte były arrasami. Występowały na nich duchy i szamani. Za pewne przodkowie Rena i Jun. Dziewczyna ruszyła w stronę ołtarza. Znów to samo uczucie. Takie jak w bibliotece. Coś kazało jej tam iść. Taka dziwna energia. Jakby była lalką. To było o wiele silniejsze. Zmuszało ją do podejścia tam.
- Len! – krzyknęła dziewczyna – Zrób coś!
Niestety na swoje nieszczęście, wdepnęła w ukrytą w podłodze pułapkę. Przez chwile nic się nie działo. Żeby po sekundzie pojawił się przed shiru dość spory kyoshi. Miał może trzy metry i z człowiekiem miał nie wiele wspólnego. Znaczy jakaś jego część należała do „Homo Sapiens”, a reszta bardziej przypominała straż Johto. Ren zbytnio nie zastanawiając się utworzył kontrole ducha. Oczywiście Bason cały czas grzecznie czekał w swoim nagrobku.
- Bason! Atak szybkiego tempa – uderzenie z impetem trafiło w truchło, które uderzyło w pobliską ścianę. Niestety Jue znów zaczęła się poruszać do przodu.
- Co ty robisz?! – krzyknął Len – Uciekaj stąd!
- Nie mogę!
Niestety jeden cios Tao nie zniszczył kyoshi i Ren zamiast pomóc zielonookiej musiał zająć się zabawą z potworem.
- Super Ultra Szybkie Tempo – młody szaman znów rozpoczął serie ataków.
W tym samym czasie dziwna siła znów pchała Jue w stronę ołtarza. Dziewczyna bała się, że zostanie złożona w ofierze jak baranek. Drżącymi rękoma złapała za wieczko od dziwnego zielonego pudełka. Otworzyła je, a z niego wydobyło się dziwne światło, które zaczęło okrążać ciało dziewczyny, która momentalnie zemdlała.

- Gdzie ja jestem? – spytała zielonooka.
- A czy to ważne? – odezwała się spokojnie kobieta. Ubrana była w długą białą suknie. Jej głowę zakrywała burka. Widać było jedynie szare oczy. Niestety były one puste, bez życia.
- Przyszłaś się czegoś tu nauczyć? Prawda?
- Ja… Ja nie wiem.
- Chodź dziecko
      Po tych słowach Jue podeszła do kobiety. A dama złożyła swe smukłe dłonie na głowie dziewczyny. Ciemnowłosa poczuła przyjemne mrowienie, którego początek tkwił właśnie w dłoniach kobiety.
- Poznałaś Trzecią pieczęć zakazaną. A teraz żegnaj.

Ren zobaczył jak dziewczyna upada. Od razu podniosła mu się adrenalina.
- Atak Chińskiego Ostrza – momentalnie z ziemi zaczęły wyłaniać się miecze i inne białe bronie. Cios centralnie trafił w kyoshi, który rozprysnął się w powietrzu. Ren szybko podbiegł do dziewczyny, która leżała pod ołtarzem. Na szczęście oddychała. Chłopak wziął ją na ręce i szybkim krokiem ruszył w stronę wyjścia. Nie posiadał żadnego źródła światła, więc biegł na wyczucie. Zaraz po tym jak pojawił się na schodach ściana zaczęła się zamykać. Nie obchodziło go to zbytnio, więc pędem ruszył w stronę biblioteki. Jedna myśl nie dawała mu spokoju. Co lub kto zmusił ją do tego, by podeszła do ołtarza? 


                                  *~*~* 

Mam nadzieje, że rozdział wam się spodobał. Blogerów piszących o Shaman King zapraszam do Spisu SK, a także na prolog mojego drugiego opowiadania. Błędy poprawię jutro. Jeśli znacie jakieś ciekawe artykuły na temat pisania. Chodzi mi na przykład o pisaniu dialogów. Proszę podajcie mi do nich linki. Jeśli rozdział nie pojawi się do 15 kwietnia znaczy to, że pojawi się dopiero w maju. A teraz zaprezentuje wam skrzyneczkę, która uśpiła Jue:

                  

Pozdrawiam ;*

Bajabongo!

Nie wyrażam zgody na kopiowanie i rozpowszechnianie zdjęć oraz treści zamieszczonych na blogu.
(Dz. U. Nr 24, poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).