Cytat

Remont trwa.

Raion szykuję się na ogromny test z przedmiotów zawodowych!

07.01.2014

Buttony!

Szablon&Tekst by Raion. Obsługiwane przez usługę Blogger.

Słowniczek

Duch - Seishin (czyt. Sejszin)
Stróż - Yakei (czyt. Jonukeji)
Woda - Aqua (czyt. Akła)
Ziemia - Terra (czyt. Terra)
Ogień - Ignis (czyt. Ini)
Powietrze - Aer (czyt. Aer)

Obserwatorzy

Archiwum

Statystyka

Popularne posty

#7 Czerwcowa Noc

To nie rozdział. Bum dat tsss!
Tak, tylko piszę, że coś mnie szablon zeżarło. Znów :< No, dobra. To miejsce nie umarło, tylko powoli odchodzi w niepamięć. I tak bywa :D Rozdział będzie, mam napisanych kilka do przodu. Możliwe, że w wakacje uda mi się je przepisać. Melduję, że jak ogarnę oceny zmienię tu szablon :)

No to spóźnione. Wszystkie najlepszego dzieciaki!

#6 New Year

Cześć wszystkim! Chciałbym złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia, aby ten już 2014 rok był dla was udany. Żebyście zawsze byli uśmiechnięci i szczęśliwi! Mieli wene i czas na tworzenie... I czerpali z tego frajdę. Tak, tego życzy wam Raion.

Co do... tej historii. Ona umarła - uważam, że nie warto jej ciągnąć w takim wydaniu. Fabułę tego świata tworzyłem prawie 2 lata temu i wiem, że jest zła. Zbyt dużo wątków, nieunormowany świat i brak spójności.... Jak patrze na moje notatki, to wiem, że to co zaplanowałem - nie nadaję się do czytania. Akcja rwie, ma mnóstwo wątków, na których można śmiało stworzyć kilka oddzielnych opowiadań. Dla mnie jest to śmieszne. Coś co kiedyś uważałem za genialne, teraz jest dla mnie beznadziejne :(

Jeśli dacie mi trochę czasu - to ja zmienię tą fabułę, okroję o to co przeszkadza i to miejsce ożyję. Dwie świetne osoby mi tu pomogą. Jedna przygotuję nowy wystrój, a druga ogarnie błędy :)

Będzie ktoś czekał? 

8. Poplecznicy



- Opacho, po co my tu przyjechałyśmy? – spytała wysoka niebiesko włosa dziewczyna. Ubrana była w czarne glany, krótkie dżinsowe spodenki i mroczną bluzkę, która była raczej paskiem materiału zasłaniającym piersi.
- Do mistrza Zeka – zawołała dziewczynka. Oczywiście przyodziana była w swoja pomarańczową pelerynkę.
- Ale on nie żyję – mruknęła blondynka. Miała na imię Marie. Ubrana była w czarną niezbyt długą sukienkę zakończoną białą koronką i ciężkie, choć kobiece buty. W swoje kitki wpięte miała dwa krucze pasy materiał zakończone kredową falbaną.
Momentalnie oczy dziewczynki wypełniły się łzami. Ona kochała swojego mistrza. Zastępował jej rodziców i starszego brata. Oczywiście w ich relacjach brakowało tej czułości, tak ważnej dla każdego dziecka. Nie mogła… Nie chciała narzekać. Przy Zeku czuła się bezpiecznie, o nic nie musiała się martwić. Była pewna, że coś dla niego znaczy, choć każdą jej próbę dowiedzenia się czegoś słowami: „Umiesz tworzyć projekcje szamańskie i tylko dlatego żyjesz.” Mimo, że bolały ją jego słowa, znosiła je dzielnie. Nawet te, wypowiedziane w Gwiezdnym Sanktuarium.
- Ty nigdy nie umiesz się zamknąć! – krzyknęła rudowłosa dziewczyna. Jej ubranie stanowiły czarne rybaczki i biała bluzka. Dziewczyna liczyła na coś więcej niż wzruszenie ramionami przez przyjaciółkę. Lecz jak na Marie to i tak było dużo.   
- Ej, Opacho, nie płacz – powiedziała Kanna, kucając przed murzynką. – Jeśli mistrz jest w Tokio, to go znajdziemy. Przecież nie ma na świecie lepszego tropiciela od ciebie.
Dziewczynka na te słowa szeroko się uśmiechnęła. Zaczęła się rozglądać i wpadła jej do głowy genialna myśl.
- Mistrz Zeke jest w lesie!
- Ale…? – zastanawiała się ruda – No tak. Kto by pomyślał? Przecież ona wie o nim wszystko.
Jednak było to dość łatwe do przewidzenia. Zeke nigdy nie lubił ludzi, zgiełku miast, a Tokio było międzynarodową metropolią. Nawet dziś miasto było oblężone przez tysiące samochodów i miliony zabieganych ludzi, których egzystencja według Wielkiego była bezcelowa i niepotrzebna.
- Chodźcie dziewczyny, przeniesiemy się do lasu – powiedziała niebiesko włosa, biorąc dziewczynkę na ręce. Po chwili wszystkie zniknęły. Najsmutniejsze było to, że nikt się tym, nie przejął, tak jakby było to coś normalnego, nudnego, niewartego uwagi. Każdy żył własnym życiem, nie interesował się niczym. Ważne było tylko „Ja”.
Las był o wiele piękniejszy od miasta. Rosły w nim drzewa – wielkie i potężne, jak i te, które dopiero zaczęły walkę o przetrwanie. Mimo, że kalendarz już od kilku dni wskazywał czerwiec, pogoda była iście listopadowa. Słońce schowane było pod grubą warstwą ciężkich, wolno sunących po niebie chmur.
- Pewnie zaraz zacznie padać – mruknęła Kanna – Opacho, no i co? Czujesz go?
Murzynka jak na zawołanie zamknęła oczy i rozpoczęła duchowe poszukiwania. Po kilku minutach czekania wykonała kontrolę, a raczej fuzję ducha, z wyszczególnieniem swojego afro, które przemieniło ją w małą owieczkę.
- I tak nic nie znajdzie. – stwierdziła rudowłosa dziewczyna.
- Zobaczymy – mruknęła Marie.
- A mogłyśmy pójść na zakupy – marudziła Kanna – Kupiłabym te buty.
- No, a ja tą bluzkę – wtórowała jej Matisse.
- I tą czarną sukienkę – rozmarzyła się blondynka.
Momentalnie stojąca z boku pięciolatka otworzyła szeroko oczy i pędem ruszyła w tylko sobie znanym kierunku.
- Ej, zaczekaj – krzyczała za nią niebiesko włosa – Dziewczyny, szybko – dodała i ruszyła biegiem za dziewczynką. Opacho podczas kontroli ducha była bardzo szybka i zwinna. Dziewczyny nie wiedziały ile trwał ich nieplanowany sprint, bo zwyczajnym biegiem nie można było tego nazwać. Wszystkie zdyszane usiadły na polanie. Albo raczej poległy. Od czasu upadku najwyższego z Asakurów nie ćwiczyły. Bo, niby i po co? Wolały wrócić do normalności. Niestety, nie było to tak łatwe jak się wydaje. Mimo usilnych starań nie mogły odwieść swojej małej towarzyszki od poszukiwań Mistrza.
Po kilu głębszych wdechach rozejrzały się po okolicy. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Chciały mieć pewność, że mogą spokojnie odsapnąć. Znajdowały się na dość sporej polanie porośniętej dziką, wysoką trawą. Jedynym elementem, który odróżniał ją od innych takich miejsc był strumyk, a raczej rzeczka.
- A nie mówiłam – westchnęła Mattie – Zmarnowałyśmy tylko dzień. Oczywiście na tym się nie skończyło. Każda z nich musiała dodać coś od siebie. Po przerzucać się winą. Często padały teksty typu: „Przez was nie kupiłam tych butów”, „Chrzanić buty, a teraz jakaś larwa chodzi w mojej sukience. Jak ją kiedyś zobaczę, zabiję…”.  Dziewczynka nie słuchała zażaleń swoich opiekunek, tylko dalej przetrząsała las, w poszukiwaniu szamańskiej energii Zeka. Była pewna, że tu jest. A może był? Tego nie wiedziała.  
- Chodźmy – prosiła swoje starsze koleżanki.
- Dobrze, zaraz się przeniesiemy – mruknęła Marie.
- Nie! – krzyknęła murzynka – Ja sama.
Po tych słowach wolnym krokiem ruszyła dalej we wcześniej obranym kierunku. Chcąc nie chcąc, Hanugami niechętnie powlekły się za nią. Po kilku minutach wędrówki dotarły do obrzeża kolejnej polany. Były ogromnie zdziwione, gdy zobaczyły mały obóz. W małej grocie stał namiot, a wokół nie go rozrzucone menażki, w dość małej odległości od jaskini znajdowało się wypalone miejsce, przeznaczone za pewne pod ognisko.
- Czujecie to? – spytała Kanna wchodząc odważniej na polane. To samo uczyniły jej towarzyszki, choć z małym niezauważalnym zawahaniem.
- Silny szaman – mruknęła blondynka.
- Może to Asakura albo ktoś z jego drużyny?
- E, tam – powiedziała ruda – Ale i tak się zabawimy!
- Aschroft, forma ducha – krzyknęła niebiesko włosa szamanka – Do cygaretki!
- Chuck – zawołała sennym głosem Marie.
- Przygotuj się Latarenko!
Po chwili zobaczyły sylwetkę wyłaniającą się z lasu.
- Uderzenie Halloween!
- Atak Konny!
- Strzelaj Chucky!

- Czy to nie wspaniałe? Mam prace i moje życie nareszcie nabiera sensu. – zaśmiał się Hao. Wracał właśnie z zakupów. Postanowił swoją pierwszą wypłatę wykorzystać w szczytnym celu. Kupił sobie ubrania. Mimo, że peleryna była dość ciekawym i zapewne oryginalnym strojem postanowił się jej pozbyć. Oczywiście nie została spalona na grillu jak ofiary Ducha Ognia, lecz schowana na dno sportowej torby. Oczywiście zmiana stylu była dla szatyna makabra. Moda dla niego, jak i każdego faceta, była tematem tabu. Nie poszło mu jednak aż tak źle. Bardzo pomogła mu cycata blondynka z kilogramem różnych świństw na twarzy. Można było to pewnie zeskrobywać szpachelką, albo lepiej – piłą mechaniczną. Chłopak postawił na klasyki, czyli dżinsy, koszulki, bieliznę, krótkie spodenki i bluzę. Nie kupował w drogich sklepach, wolał zaoszczędzić. Jedna z jego toreb zajmowało jedzenie. Nic nadzwyczajnego. Różne konserwy, paszteciki czy serki. Na szczęście ciepłe obiady i czasem kolacje jadał w pracy. Niestety nie były to jakieś „prawdziwe” dania, tylko fastfoody.
Przyodziany w długie spodnie, szarą bokserkę, zieloną bluzę i trampki, dziarsko przedzierał się przez las. Nie było to zbyt przyjemne, ponieważ od strony miasta był on bardzo zarośnięty. Tak jakby las chronił to co najcenniejsze wewnątrz. Wraz z każdym krokiem podszycie rozrzedzało się, ukazując nagie pnie wysokich drzew.
- Masz rację. – odparł duch.
- A nie uważasz, że to wszystko dzieje się zbyt szybko? – wypalił szaman.
- Co masz na myśli? – zdziwił się Yakei.
- No, zobacz – chłopak zaczął żywo gestykulować – Nie dawno nie istniałem. Nikogo nie znałem. Byłem bezdomny. O, ile namiot się zalicza. A teraz? Wszystko zaczyna się układać. Mam już kilka ubrań, stać mnie na jedzenie. Za kilka miesięcy będę mógł wynająć mieszkanie. Żyć nie umierać! – ostatnie słowa wypowiedział z takim entuzjazmem, że aż zdziwił swego stróża. Rzadko go widywał w tak dobrym nastroju. Oczywiście nigdy nie był ponury czy przygnębiony, ale… Teraz miał blask w oczach. Tak podobny do tego, często widzianego u jego brata. Seishin miał ochotę o tym wszystkim wspomnieć, ale bał się, ze dobry nastrój jego szamana pęknie jak bańka mydlana. A tego nie chciał. Dochodzili właśnie do skraju polany, na której znajdował się ich obóz. Chłopak momentalnie stanął jak wryty.
- Co do…
- Padnij! – usłyszał głos swojego stróża, a potem leżał plackiem w mchu.
- Nic, ci nie jest? – spytał Yakei.
- Nie – wymamrotał Asakura.
- To moja wina – westchnął seishin – Powinienem wcześniej wyczuć wroga.
- Spokojnie – zaśmiał się dość sztucznie szatyn. Nie miał pewności, co teraz zrobić. Nie chciał walczyć, obawiał się, że znów kogoś skrzywdzi.

- Jeden strzał i po szamanie. – zaśmiała się Kanna.
- Łatwo poszło – dodała Mattie.
- A wydawał się silny – mruknęła Marion – Może teraz pójdziemy na te zakupy, co Opacho?
- A mistrz? – zawołała dziewczynka.
- No poszukamy go, ale jutro – wykręcała się niebiesko włosa.
- No to w drogę…
- Ej, poczekajcie – Mattie wskazała palcem na tumany kurzu jakieś dwadzieścia metrów przed nimi.

- Co robimy? – spytał duch – Chyba nie dasz się zabić.
- N… Nie – zająkał się chłopak – Na pewno nie.
- Wielka….
- Nie – zaprzeczył szaman – Nie chcę ich skrzywdzić.
- Rozumiem – przytaknął Yakei – Gotowy?
Asakura tylko kiwnął głową. Powoli wstał. Mimo upływu czasu, w powietrzu nadal wirowały tumany piachu. Co za tym idzie, widoczność równała się zeru. Szaman wystawił rękę i wyszeptał: „Duchu Ognia, do powietrza! Miecz Agnis!”. Nie minęła minuta, a w dłoni szamana pojawiło się ostrze stworzone z czystego ognia. Szatyn przybrał pozycję obronną, trochę nieudaną, ale zawsze. Nie musiał długo czekać. , ponieważ atak nadszedł błyskawicznie. Szybko odskoczył, ale jednak brak przygotowania dał się we znaki. A co za tym idzie, szaman leżał teraz na ziemi, a jego kontrola prysła.
- Spróbujmy jeszcze raz – wymamrotał podnosząc się – Duchu Ognia!

- On nie powinien żyć! – krzyknęła Mattie – Opacho, schowaj się. Teraz go załatwię. Latarenko, jeszcze raz. Uderzenie Halloween!

Kolejny cios pomknął w stronę szamana. Lecz tym razem szatynowi udało się cudem uniknąć ataku. Niestety nie przewidział serii ciosów, które mknęły w jego stronę. Asakura stawiał na obronę. Starał się unikać ciosów lub kontrować je mieczem. Najgorsze było to, że po każdym ciosie, wokół niego unosiły się różne odłamki.

- Dziewczyny – zawołała Kanna – Zaatakujmy razem.
- Jasne – powiedziała ruda.
- Teraz – mruknęła Marie, miał być to za krzyk bojowy, a wyszło jak wyszło.    
- Trzy, czte… ry!
Cała trójka zaatakowała równocześnie łącząc swoje najpotężniejsze ciosy. Przez to powstał różnobarwny atak przepełniony foryoku. Mknął z zawrotną prędkością, wypalając przy okazji wyższe trawy.

Chłopak ponownie ustawił się w pozycji obronnej. Zaciekawiło zachowanie rywalek, które zaczął coraz lepiej widzieć dzięki opadającym odłamkom.
- One szykują połączony atak – zauważył Yakei.
- Wiem, odeprzemy go? – spytał szaman.
- Nie wiem, będzie ciężko…
Na dalszą dyskusję było już za późno. Skumulowany atak rozpoczął już swą wędrówkę ku zdezorientowanemu brunetowi. Chłopak nie wiedział co zrobić. Czy musiał „tego” użyć? Bał się, że ktoś go zauważy, ale nie mógł pozwolić się zabić. Za bardzo chciał żyć, dostał szanse od losu i nie zamierzał jej zmarnować. Puścił rękojeść miecza, powodując jego rozpłynięcie. Zamknął oczy, które po chwili otworzył wypuszczając głośno powietrze z płuc. Atak mógłby go zabić, gdyby nie:
- Powstań Duchu Ognia!

- Co jest grane? - zawołała rudowłosa. Wszystkie cztery zobaczyły, że atak został odparty przez ogromną energię, która przybrała momentalnie kształt najpotężniejszego strażnika natury – Ducha Ognia. Na ramieniu stwora dojrzały chłopaka o brązowych długich włosach.
- Mistrz! – zawołała murzynka i na łeb na szyję ruszyła przed siebie.       
- Opacho, stój! – krzyknęła Kanna. Miała mieszane uczucia. Myślała, że wzrok płata jej figla. Przecież to nie mógł być Asakura Zeke. Jak to możliwe? On nie żył. Jego brat – Yoh – go zabił. Widziała to, a teraz? Stał przed nimi na swoim stróżu, ale brakowało jego peleryny, z którą prawie w ogóle się nie rozstawał. I ta energia! Tamta była inna. Większa. Jej „blask” również różnił się od tego sprzed wydarzeń w Świętym Sanktuarium Duchów.
W tym samym czasie dziewczynka do ognistego monstrum, który zaczął się rozpływać. Z zapartym tchem obserwowała to zjawisko. Po chwili stał przed nią Asakura w całej swojej okazałości.
- Mistrzu – powiedziała murzynka. Tak się o mistrza martwiłam. Myślałam, że nie żyjesz.
      Chłopak przyglądał się dziewczynce. Wypowiedziała tyle razy to „słowo”. Lecz o  nie był jej „mistrzem”. Nigdy nie był i nie będzie. Chociaż wzrok, którym go obdarzyła, był taki piękny. Przepełniony masą uczuć. Była w nim miłość, szczerość, dobroć, zaufanie. To wszystko razem i te skrzące się w jej oczach łzy. Szaman nie wiedział co robić. Okłamywać ją i przyznać, że jest Ashahą, a raczej Zekiem, członkiem rady szamanów żyjącym pięćset lat temu? Czy wyjawić prawdę i powiedzieć, że jest Hao,  a także, że był więźniem swego ciała i przodka, którego tak nienawidził. Za wszystko, za to, ze go opętał, próbował zabić, pochłonąć, ale czy warto? Jednak nie chciał by ktoś zwracał się do niego w ten sposób.
- Ja nie jestem mistrzem – wypalił, akcentując ostatnie słowo.
- Jak to nie? – Dziewczynka spojrzała na niego swoimi wielkimi oczyma. – Przecież ty jesteś moim mistrzem, mistrzu.
- Ja nie jestem Zeke – powiedział szatyn. Starał się by jego głos przybrał jak najłagodniejszy ton. – Nazywam się Hao.
- Jak to „Hao”? – odezwała się Kanna, która razem ze swoimi przyjaciółkami doszła do rozmawiających. – Co zrobiłeś z Zekiem?
- J… Ja – mruknął chłopak – Król Duchów go unicestwił.
- On tak może? – spytała Marion.
- Najwyraźniej tak – odparł Asakura – Jest jednak najpotężniejszym z duchów.
- Ach, tak – westchnęła Mattie.
- Może, chcecie usiąść – spytał nieśmiało Hao. Nie należał do osób wstydliwych, ale rozmowa z byłymi poplecznikami jego „Alter Ego” była dla niego trudna.
- Dobrze – odparła – blondynka. Szaman zaprosił uczennice swego przodka do jaskini. Nie była ona głęboka, ale dawała schronienie. W tym samym czasie zabrał swoje torby i już po chwili do nich dołączył.
- Chcecie coś do picia?
- Tak, herbatę najlepiej – odparła Marie.
Asakura z uśmiechem przytaknął. Nie miał zbytnio powodów do wrogości. Nie były zbyt lubiani, więc musiały dbać o swoje bezpieczeństwo. Hao przy pomocy swego stróża rozpalił ognisko. Z magią żywiołów dopiero zaczynał i dlatego nie używał jej w ogóle poza treningami. Oczywiście „znajomość” wody i tak by się nie przydała. Na specjalnym trójnogu postawił mały garnek, który wcześniej musiał kilka godzin szorować, żeby powrócił do używalności. Już po parunastu minutach podał swoim gościom plastikowe kubki wypełnione naparem.
- Co tu robicie? – odważył się spytać brunet. Intrygowało go co tu robią same. Na dłuższe wyprawy zazwyczaj wyruszali większą bandą.
- My? – odezwała się Kanna. Widać było, że to ona wszystkim zarządza. – Razem z Opacho szukamy Mistrza. Ciężko nam bez Zeka. Był naszym dowódcą, ale i opiekunem. Bez niego jesteśmy łatwym celem.
- Rozumiem – odparł Asakura – A gdzie reszta kompani?
Dziewczyny popatrzyły na siebie smutno. Było im bardzo przykro, żyli jak rodzina. A teraz?
- Nie żyją.
- Co! – zakrztusił się szatyn.
- Nie żyją – powtórzyła niemrawo Marie.
- Oni ich…
- Nie – przerwała brunetowi Mattie – To… To Król Duchów. To była jego wola… Jego decyzja. Uznał, że wyrządzili zbyt dużo zła i mogą próbować się zemścić na członkach Rady. On dokończył, co przyjaciele Yoh zaczęli. Oni ich nie zabili, a Najwyższy tak. – Asakurze nie mieściło się to w głowie. Jak to? Ich uznał za niewartych, a Wyrzutków ocalił. Znaczy tych żywych.
- A wy dlaczego? – Ciężko mu buło to ubrać w słowa. Tak jakby ktoś spytał go „Po co żyje?”.
- Nas - Kanna wskazała na siebie i przyjaciółki z drużyny – oszczędził twój brat. A Opacho uciekła z Gwiezdnego Lasu
- Ja nie mam brata – wypalił Asakura.
- Masz – odezwał się dotąd milczący Duch Ognia. Wolał przysłuchiwać się rozmowie, a wkroczyć dopiero wtedy będzie to konieczne. Dziewczyny były zszokowane, ale nie skomentowały tego. Nie raz słyszały obozowe plotki na ten temat.
- Znasz moje zdanie – wycedził przez zęby – I niczego nie zamierzam wysłuchiwać. Mam dość twoich kazań. Nie interesuje mnie, że moja rodzina musiała to zrobić. „Mój kochany bliźniak” podobno potrafi pomóc każdemu. A mi nie pomógł! Nie spróbował. A ja co? Mam się teraz przed nim płaszczyć.
- Nie – zaprzeczył duch – Nikt nie każe Ci się przed nim płaszczyć. Ja tylko sugeruję…
- Mam w du…         
- Mistrzu Hao – zawołała murzynka, przerywając kłótnie – A co będzie z Opacho?
- Hm – zastanowił się długowłosy – Nie wiem.
- Co z ciebie za mistrz? – rzuciła oskarżycielsko Marie.
- Powtarzam – warknął chłopak – Nie jestem mistrzem. Nigdy nie byłem i nie będę. Zrozumiano!
- A… - zająkała się dziewczynka. Momentalnie w jej oczach pojawiły się łzy. Ona chciała mistrza. Chłopak nie miał pojęcia co robić. Odkąd zakończył się turniej, żyła tylko dzięki nadziei. Czuła, że znajdzie Mistrza. Niezależnie ile by musiała szukać. Zrobiłaby to. Kiedy zobaczyła go na Duchu Ognia była przeszczęśliwa. Nawet prawda na temat tożsamości Asakury jej nie zraziła. Wciąż w jej sercu tliła się nadzieja, a teraz? Wszystko pękło… Marzenia… Co sobie zaplanowała. Życie u boku Zeka. Miała być szczęśliwa i kochana.
- Opacho – powiedziała Kanna. Chodź do mnie. Rozłożyła szeroko ramiona. Ku zdziwieniu wszystkich, dziewczynka podeszła do Asakury. Jako, że chłopak siedział po turecku nie miała żadnych problemów z dostaniem się do klatki piersiowej szatyna, w którą się wtuliła. Brunet patrzył na nią z osłupieniem. Nie miał pojęcia co robić. Z przerażeniem spojrzał na swoje nowo poznane. Było widać, że one również są zdziwione. Na szczęście Mattie udało się wykonać „gest klucz”. Pokazała mu, że ma ją przytulić. Chłopak przełknął ślinę i spojrzał na dziewczynkę płaczącą w jego ramionach. Po woli objął ją rękoma, głaszcząc murzynkę po plecach.
- A nie mógłbyś spróbować, być dla niej mistrzem?  - spytała Marie. Chłopak patrzył na nią podnosząc przy tym lewą brew.
- Byłbyś mistrzem Hao dla nie i dla nas – dodała rudowłosa, ostatnie mówiąc szeptem.
- Musiałbym… - zawahał się chłopak - …się zastanowić.
- Nie ma sprawy – uśmiechnęła się Kanna zapalając papierosa – Chcesz?
- Nie dzięki. Nie pale.
- Na jakiś czas zostajemy w Tokio, więc masz czas na myślenie.
- Ok – mruknął chłopak – A co potem?
- Zamierzamy przygotować się do Turnieju Szamanów, ale to już we Włoszech. Przygarnie nas miła, starsza szamanka. Dziewczyny, pora się zbierać. Poszukamy noclegu – dodała Kanna.
- Możecie tu nocować – wypalił chłopak – namiot nie jest mały, a ja i tak pracuję nocami.
- Dobrze – zawołała Opacho, która wydostała się z ramion Asakury. Chłopak myślał, że zasnęła, a ona słuchała całą rozmowę. – a Mistrz gdzie pracuję?
- W dyskotece – zaśmiał się chłopak. Miał być mistrzem, ale nie musiał być sztywniakiem. – W sumie zaraz się pewnie spóźnię, a obiecałem Layli przygotować salę. To ja lecę. – Chłopak szybko się podniósł, zabrał swój strój służbowy z namiotu i pożegnał się z dziewczynami. Szkoda mu było kończyć tak ciekawie zaczynającą się rozmowę, ale mus to mus. Kiedy oddalił się na znaczną odległość spytał swego stróża.
- Możemy im zaufać?
- Myślę, że tak. Odparł duch – Od zawsze były najwierniejszymi uczennicami twego przodka.
- Obyś miał rację – zaśmiał się Hao – Chodź… Leć szybciej. Nie chcę się spóźnić. Chłopak przyśpieszył kroku. Jak zawsze musiał przedzierać się przez zarośla na początku lasu. Niestety pogoda nie uległa poprawie. No, ale cóż. Matka Natura jest nieugięta.
Już po kilku minutach dotarł do pracy. Szybko wbiegł do budynku, pokonując korytarz wpadł do szatni. Szybko się przebrał i zaczął poszukiwania szefowej. Nie było to trudne. Stała za m=nowoczesnym barem, polerując szklanki. Brunet nie zamierzał się ruszać, czekał na reakcje Hottari. Ciekawiło go, ile zajmie jej skapnięcie się, że nie jest sama w pomieszczeniu. Zajęło jej to tylko chwilę, ponieważ nawet ludzie potrafili wyczuć, że ktoś się na nich gapi. Podniosła wzrok wpierw na Asakurę, potem na zegar.
- Pierwszy raz się nie spóźniłeś.
Witajcie! Nareszcie nadszedł rozdział. Pisało mi się go dobrze. Zajął mi on 30 stron w zeszycie i ponad sześć w Wordzie. To więcej niż mój Angielski i Geografia razem wzięte XD  Jaki upał co, nie? Ponad 40 stopni. Umierać albo przenieść łóżko do zamrażarki :P A jak podoba wam się nowa szata graficzna? Mi bardzo. Taka inna ^^ Ten obrazek powyżej został upolowany podczas poszukiwań artów do szablonu. Urzekły mnie te oczy. Ktoś ma wielki talencior! Mam nadzieję, że miło spędzacie wakacje, bo zaraz miną. Tak, też jestem wstrząśnięty( nie mieszany XD). Następny rozdział gdzieś za dwa tygodnie. Wiecie, wielkimi krokami zbliża się ślub mojego brata, a jeszcze coś dla Spisu trza przygotować. O i mam pewną propozycje dla 13. i Spokoyoh. No i muszę przygotować szablony i jakieś tutoriale XD Oczywiście zachęcam do komentowania. I bardzo przepraszam osoby, u których tego nie zrobiłem. Jak tego nie zrobię od razu, to się gubię potem. Dlatego proszę mi o tym w komentarzu przypomnieć. Za pewne o czymś jeszcze zapomniałem, ale to jak coś to dopiszę.
Pozdrawiam :D  

#5 Remont

Jednak nawet dnia nie umiem wytrzymać bez SK. Myślałem, że tak będzie lepiej. Dla wszystkich, ale jednak. Zostaje. Spróbuje częściej pisać, ale to nie jest obietnica. Nie lubię ich łamać. Oliwy do ognia dolał Blogspot, który za przeproszeniem, wpierdolił mi szablon. W najbliższym czasie przygotuję nagrodę, rozdział i szablon tutaj. Możliwe, że wróce jeszcze w sierpniu. Nie wiem czemu to opo zawsze cierpi najbardziej.
Pozdrawiam i do zobaczenia!

New Chapter: Complete

7. Czasy poturniejowe

         - Yoh, wstawaj! – krzyknęła Anna, ubrana była w szkolny mundurek, czyli zieloną spódnice przed kolano, biała koszulę i kremowe baleriny. Już od dwudziestu minut czekała na narzeczonego.
- Już jestem. – powiedział Asakura, zbiegając po drewnianych schodach. On też przyodziany był w mundurek, tylko, że spódnice zastępowały spodnie, a koszula była rozpięta. Oczywiście na jego szyi nie mogło zabraknąć rzemyka z trzema pazurami. – Śniadanko.
- Chodź już jeść. – odparła dziewczyna -  Przez ciebie znów się spóźnimy.  
- No, ale Anno przecież dzisiaj zszedłem dużo wcze… - bronił się szaman. Wystarczyło tylko jedno spojrzenie ciemnookiej, by uciszyć bruneta. Z przedpokoju, którego ściany pokrywała jasnobeżowa farba, przenieśli się do salonu. Był on dość skromnie urządzony. Jedynymi meblami i urządzeniami znajdującymi się w pomieszczeniu były: „niski” stół, telewizor i zwinięte pod ścianą tatami. Podłogę pokrywała zielona wykładzina, murki[XD Synonim by Microsoft Word Starter 2010 ^^] pomalowane były jasnożółtym inkaustem [synonim by MWS 2010].  Na jamniku [te synonimy mnie przerażają XD] czekało już śniadanie, czyli kanapki własnoręcznie zrobione przez Annę. Tak, dobrze widzicie. Ciemnooka odkąd turniej się zakończył, złagodniała. Można by rzec, że jej życie straciło sens. Będzie musiała wrócić do Osorezan, do swojego rodzinnego domu. Miała trenować Yoh do turnieju, a teraz? Asakurowie na pewno, znajdą dla swego potomka, lepszą żonę. Z tego co było wiadomo dziewczynie, pani Kino wróciła na stałe do Izumo i połączyła swoją szkołę medium z akademią swego męża. Odkąd 1080 Korali[Wiem, że w opowiadaniach nie używa się systemu numerycznego, ale jest to nazwa własna.] zostało zniszczone przez Zeka, energia Góry Strachu zmalała. Według najwyższych mediów to brak korali, jest powodem tej anomalii. Lecz, co ona może zrobić? Po walce zebrała wszystkie kamienie, ale nie była wstanie ich połączyć. Główny koral pękł i to blokuje połączenie. Bardziej niż brakiem 1080 Korali, Anna obawiała się wizyty u państwa Asakura. Zostali niby zaproszeni na wakacje, ale może tylko po to by się z nią pożegnać?    
- Nie jesteś głodna? – spytał zaniepokojony Asakura. Zdziwiło go zachowanie narzeczonej. Już od kilku minut, bezowocnie próbował zwrócić na siebie uwagę.
- Nie, jestem. – odparła ze spokojem dziewczyna – Powtarzałam w myślach biologię przed dzisiejszym sprawdzianem.
- Spra… Sprawdzianem – zająkał się szaman.
- Kazałam Ci się wczoraj uczyć. – powiedziała ostro ciemnooka.
- Anno, chodź już, spóźnimy się. – Szybko zmienił temat. Nie chciał przyznać się dziewczynie, że zamiast się uczyć spał, marząc o cheeseburgerach.  Co to, to nie.
Już po kilku minutach gotowi do drogi, wyszli z domu. Z czasem krajobraz zaczął się zmieniać. Piękne łąki i pola zastąpiły sklepy, domki jednorodzinne i wieżowce. Jedynie zadzierając głowę wysoko do góry można było dostrzec błękitne niebo, po którym poruszały się puchate, białe chmury.
- Szkoda, że nie ma z nami Manty. – mruknął szaman.
- Sam kazałeś mu jechać. – odparła spokojnie Anna.
- A co miałem zrobić? – oburzył się szaman – Dostał stypendium na Uniwersytecie Harvarda. Miałem zmarnować jego życiową szansę.
- Nie – westchnęła Anna – Dobrze zrobiłeś.  A teraz zapraszam do szkoły. – Powiedziała wskazując budynek.
Szkoła była dość spora. Składała się z trzech kondygnacji i piwnic. Ściany budynku pokrywała farba w odcieniu ecru. Przed placówką stało jeszcze wielu uczniów, co oznaczało, że lekcje się jeszcze nie zaczęły. Nasi młodzi szamani wolnym krokiem przemierzali korytarze, by już po chwili znaleźć się w pracowni biologicznej. W Sali stały trzy rzędy ławek, ostatnią zajmował Yoh, a wcześniejszą jego narzeczona. Już po chwili do klasy wszedł profesor Umekai. Był to wysoki czterdziestolatek o jasnych włosach. Był wymagający i nie podobało mu się zasypianie Yoh na jego lekcjach. W ręku dzierżył pęk kartek.
- Są wszyscy – powiedział złowieszczo – Zaczynamy sprawdzian.

~*~

                Północne Hokkaido, piękny teren pokryty bujnymi lasami i bagnami. Między tymi ekosystemami znajdowały się pola. Ich uprawą zajmowali się ludzie z plemienia Ajnów*. Oczywiście nie sadzili oni ziemniaków, ryżu czy kukurydzy, tylko lilie wodne. Ich cywilizacja od wieków zajmowała się tworzeniem nowych domów dla drobiażdżek. Jeden z przedstawicieli tego ludu, od rana próbował odpalić ciągnik. Niestety, wredne ustrojstwo nie chciało współpracować. Wspomnianym mechanikiem był niebieskowłosy chłopak, ubrany w krótkie, niebieskie spodenki do kolan i biało-niebieską kurtkę. Jego towarzyszem był wysoki mężczyzna ubrany w fioletową koszulę i biały garnitur. Najłatwiej było go rozpoznać po fryzurze na Elvisa Presleya.
- Daj ja spróbuje. – odezwał się Ryu.
- Poczekaj, jeszcze przekręcę ten wichajster.
- Mistrz Yoh, na pewno umiałby go naprawić.  – westchnął brunet.
- Działa! – krzyknął dumnie Trey. Po wielu godzinach pracy udało mu się uruchomić to cholerstwo. – Wsiadaj, jedziemy!
- Przecież się nie zmieścimy! – wrzasnął  Umemiya.
- Pirika się mieściła. – mruknął niebeskowłosy.
- A gdzie ona jest? – spytał wysoki szaman.
- Pirika? – zdziwił się Horo Horo – Od zakończenia turnieju większość czasu spędza z Yoko Yukei.
- Z jaką znowu Yoko?
- Yukei to stara szamanka. Mieszka daleko w lesie. Moja siostrzyczka upatrzyła sobie w niej wzór.
- Aha. – odparł niepewnie Ryu.
- Może i dobrze. – zaśmiał się Trey. – Chociaż nam nie przeszkadza.

~*~

                Zielonowłosy chłopak zauważył list wsunięty pod drzwi, wchodząc do mieszkania. Ubrany był w zielone spodnie i biała koszulę. Szybko zabrał przedmiot i z siatkami pełnymi zakupów ruszył do kuchni. Była ona dość duża. Wszystkie ściany zabudowane były mahoniowymi meblami. Podłogę pokrywały brązowe kafelki połączone białymi fugami. Na jednej z szafek stało zdjęcie w srebrnej ramce. Przedstawiało ono pewne małżeństwo. Blondwłosa kobieta ubrana była w fioletową suknie balową, a mężczyzna przyodziany był w czarny smoking. Wyróżniały go zielone włosy. Chłopak z namaszczeniem przejechał palcem po zdjęciu. Momentalnie mały duszek zaczął tulić się do jego policzka. Ubrany był w różowy kostium. W słońcu, wpadającym przez okiennice skrzyły się jego małe przezroczyste skrzydełka.
- Och, Cloe – zaśmiał się chłopak – Nie martw się , ten etap życia mam za sobą.
Po tych słowach duszek odleciał w tylko sobie znanym kierunku. W tym samym czasie Lyserg postanowił zrobić sobie obiad. Wyjął z szafki garnki i różne produkty potrzebne do wykonania zapiekanki pasterskiej. Po około godzinie mógł zasiąść do posiłku. Przez to, że stracił rodziców, nauczył się gotować, prać i sprzątać. Jego charakter też uległ zmianie. Przez krzywdy, których  doświadczył w dzieciństwie, zmienił się nie do poznania, z roześmianego dziecka w dość opryskliwego i ponurego młodzieńca. Po chwili do kuchni ponownie wleciała Cloe. W swoich małych dłoniach dzierżyła dzwonek wyroczni. Położyła go tuż przed talerzem Lyserga. Diethel wziął urządzenie. Niestety wyświetlacz był pusty. Zaraz po zakończeniu Turnieju dzwonki nie tylko umilkły, ale i zostały były zdezaktywowane. Nie było to zarządzenie Króla Duchów, ale Goldwy. Staruszka obawiała się włamań do serwerów rady i pobierania informacji na temat uczestników.
- Cloe, Turniej został zawieszony – mruknął szaman – Kiedy go wznowią, na pewno dzwonek wyroczni na pewno zadzwoni.
Duszka ta odpowiedź nie satysfakcjonowała. Wróżka obawiała się, że ktoś o nich zapomniał.
- Nie martw się, Yoh lub Ryu nas poinformują o rozpoczęciu Turnieju -  „O ile się w ogóle zacznie…” dodał w myślach. Wiedział, że jego stróżowi bardzo na tym zależy. Tęskniła za Mosuke, Cory czy Amidamaru.
- Dobrze, teraz idę sprawdzić pocztę, a później poćwiczymy różdżkarstwo.
Jak powiedział, tak zrobił. Zabrał z kuchennego blatu listy. Wolnym krokiem poszedł do salonu. Było to gustownie urządzone pomieszczenie. Ściany pokrywała beżowa, wzorzysta tapeta, a podłogę drewniane panele. Przy oknie stało biurko z ciemnego drewna. Znajdowała się na nim szara lampka i kilka rozrzuconych zeszytów. Po drugiej stronie pokoju stała zielona sofa i dwa fotele. Chłopak usiadł na jednym z nich. Większość listów była rachunkami=, które skrupulatnie płacił. Pieniądze miał ze spadku po rodzicach. Ród Diethelów był niegdyś znanym i szanowanym zarówno przez ludzi jak i szamanów klanem. Niestety podczas II Wojny Światowej wielu członków tej rodziny zostało zabitych. Została jedna linia tego rodu, której ostatnim żyjącym członkiem był Lyserg Diethel. Oczywiście była to oficjalna wersja. Jego dalsza rodzina żyła, tylko, że pod zmienionymi nazwiskami. Dobry kontakt chłopak utrzymywał ze swoją ciotką Margharet Lerie de Moriera(czyt. Margaret Lerje de Morjera ^^), francuską arystokratką brytyjskiego pochodzenia. Ona również była różdżkarzem i do tego bardzo utalentowanym. Niestety wiedziało o tym nie wiele osób. Ona też chętnie wysyłała zielonowłosemu pokaźne kieszonkowe.
Wśród listów przyniesionych przez chłopca, był tam też ten znaleziony pod drzwiami. Lyserg w osłupieniu czytał nadawcę tejże korespondencji. Momentalnie wzrosła w nim wściekłość. Miał ochotę wyrzucić list albo go rozedrzeć na milion kawałków i spalić w kominku.
Niestety ciekawość okazała się silniejsza…

~*~

Jedna z Karlsruh’skich* klinik pękała w szwach. Mimo, że znajdowała się na obrzeżach miasta nie mogła narzekać na brak chorych. Od lat prowadziła ją rodzina Faustów. Aktualnym właścicielem był Johann Faust VIII. Oczywiście zatrudniał on innych lekarzy, pracowników obsługi i pielęgniarki. Obok budynku szpitalu/przychodni znajdował się dom właściciela i jego ukochanej, niestety zabitej podczas napadu żony, Elizy. Tak jak przed laty, w piwnicach szpitala znajdował się gabinet Fausta I, pierwszego nekromanty. Dostęp do niego miał jedynie Johann. By chronić rodzinną spuściznę założył na to pomieszczenie specjalną cmentarną barierę. Oczywiście była ona zakamuflowana pod postacią „Łapacza Snów”. Jedyną różnicą od oryginału była malutka czaszka nietoperz umieszczona w największej obręczy.
W jednej z sal kliniki trwała operacja. Lekarzem był sam Faust VIII, była z nim jego ukochana Eliza, która była obecna podczas wszystkich zabiegów wykonywanych przez męża.
- Tracimy go – powiedział Johann. Już od ponad godziny walczył z wylewem krwi do jamy brzusznej. Kiedy wreszcie udało mu się zatamować wyciek, pacjent przestał walczyć  – Co robić?
Jego ukochana nie odzywała się, nie musiała, oboje rozumieli się bez słów. Wystarczyło jedno spojrzenie ukochanej, by mężczyzna wiedział co robić.
- Jesteś pewna? – spytał lekarz – No dobrze, ale musisz mi pomóc.
Kobieta jak na zawołanie rozpłynęła się w powietrzu by po chwili pojawić się razem ze swoim szkieletem. Zapytacie pewnie, jak duch może coś trzymać. Szkielet, nagrobek czy inną bardzo ważną rzecz w swoim życiu duch może podnieść. Oczywiście musi być bardzo silny. Zwykła dusza błąkająca się po cmentarnych uliczkach nie byłaby wstanie tego uczynić.
- Elizo, forma ducha! – po tych słowach kobieta wstąpiła w swój szkielet, by po chwili powrócić do swej „cielesnej formy”.
- Gotowa?
Kobieta, tylko skinęła.
- Zaczynajmy….

~*~

            - Przecież to nawet nie było śmieszne – krzyczeli ludzie oglądając czarnoskórego komika.
- Sam nie jesteś śmieszny – wrzasnął Choco. Tak kochani, po zakończeniu turnieju, nasz ulubiony kawalarz powrócił do Stanów by zarabiać na życie. Ubrany w kostium banana próbował rozbawić swoich klientów. Oczywiście z różnym skutkiem. Choć raczej negatywnym. Szkoda, że ludzie nie mają poczucia chociażby Piriki albo Tamao.
- Chodź Choco – powiedział mały blondynek. Ubrany był w garnitur, czyli obowiązkowy strój każdego ucznia Uniwersytetu Harvarda. Było już późno, a on musiał czekać na swojego przyjaciela.
- Czekaj opowiem jeszcze jeden żaaa…
- Nie!!! – krzyknęli ludzie stojący nieopodal.
- Nie znacie się na prawdziwej sztuce – mruknął smutno komik.
- Chodź – powiedział Morty. Po tych słowach razem ze swoim kolegą ruszył w stronę wynajętego mieszkania.
- Odzywał się do ciebie Yoh? – spytał po kilku minutach McDaniel.
- Tak – odparł z uśmiechem Oyamada, bardzo tęsknił za Yoh, ale wiedział, że to dla niego wielka szansa. Nawet Anna popierała jego decyzje. Co było dziwne, ponieważ za jednym zamachem straciła kucharkę, sprzątaczkę i chłopca na posyłki. W sumie, został jej jeszcze Yoh. – Mieli dzisiaj sprawdzian z biologii. Stwierdził, że w miarę dobrze mu poszło, bo Anna nie zasłoniła swojej kartki.

~*~

- Tamao, spróbuj jeszcze raz – powiedział Yomei. Ubrany był swoje codzienne kimono. Za to różowowłosa przyodziana był w swój dres, czyli ciemne długie spodnie i biała koszulkę.
- Oczywiście mistrzu – powiedziała dziewczyna. Po zakończeniu turnieju postanowiła się wziąć się za siebie. Regularnie ćwiczyła walkę razem z Ponchim i Konchim. Dwa psotniki bardziej wolały denerwować dziewczynę niż pomagać jej w doskonaleniu siebie. Tamara od niedawna ćwiczy również wizjonerstwo pod okiem Mikichisy i Keiko oraz medytacje razem z uczennicami Kino. Treningi z rodzicami bliźniaków były dość trudne. Dlatego, że Mikichisa cały czas czuje skutki walki z Zekiem, a Keiko całe dnie spędza w świątyni. Prowadzi ona również dość znaną na terenie całej Japonii firmę, z której utrzymuje się rodzina. Hm… Przedsiębiorstwo to zostało założone jeszcze przez rodziców Yomei jako dodatkowe źródło dochodu, ponieważ rozległe tereny wokół Izumo, w okolicach Osorezan należą od wieków do klanu Asakura.
- Jeszcze raz - powiedział staruszek – Skup, że się dziewczyno.
- Ale to oni… - mruknęła dziewczyna wskazując na dwa duchy śmiejące się z leżącej na ziemi dziewczyny.
- Chyba Kino przydadzą się dwa duchy by uczennice mogły poćwiczyć odsyłanie dusz na tamten świat.
- Nie, nie, my będziemy grzeczni – krzyczeli przez siebie.
- Mam nadzieję – odparł najstarszy z Asakurów.

~*~

- Dziecko, żeby opanować tą technikę, potrzeba talentu, czasu i ciężkiej pracy. Czy jesteś na to gotowa?
- Oczywiście.


~*~

Witajcie, kochani. Wiem, że rozdział miał być na początku maja, ale chyba wszystkim ten miesiąc w dziwnych okolicznościach uciekł. A jak wam minął ten piękny choć burzowy okres? Mi bardzo przyjemnie. No może prócz, tego, że w kółko musiałem się uczyć, ale ja się nie martwię. Czerwiec i tak będzie sto razy gorszy. Chciałbym wszystkich przeprosić za to, że u kogoś nie skomentowałem. Wiem, że chyba na 100% u Spokoyoh i Yohao♥. Które nawiasem mówiąc są jedynymi czytelniczkami tego bloga. Znaczy się komentującymi. Na prawdę, ja nie wymagam wypracowania na stronę A4, tylko kilka słów. Dla was to chwila, a mi jest miło gdy widzę, że się komuś podoba. W maju też przeszedłem staż w szabloniarni Krytyczna Biel. Nom i są tam nawet szabloniki z SK. Łącznie 5 chyba, i jedno zamówienie też z naszym ukochanym anime|mangą. Serdecznie zapraszam[Link] i tam we wcześniejszym jest z Yoh i Anną [Link]. Obrazki z szablonów wolnych pochodzą z prywatnych zasobów Yohao♥ i Spokoyoh. Jesteście nawet w kredytach jako numerki 14 i 15. Jeśli macie jakieś fajne obrazki możecie wysyłać, chętnie z nich coś zrobię. 
Wiecie, że 22 maja ten blog skończył już pierwszy roczek. Jupi ^^
A jak wam się podoba szata graficzna tego bloga. Sam ją zrobiłem. nagłówek trochę za ciemny, ale to się da poprawić. Oczywiście tamten szablon również był bardzo fajny, ale trochę ponury i sprawiał mi trochę kłopotów. Co by tu jeszcze. A słyszeliście, że czytnik google ma być usunięty, a co za tym idzie funkcja obserwatorzy. Jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć zapraszam do Szarej Kawiarenki bloga prowadzonego przez Aleksandrę(dawniej Lien) znanej z opowiadań o SK np. "Day&Night". Chętnych zapraszam[Link].
Chciałbym zaprosić was na opowiadanie o SK autorstwa Karmen, na prawdę warto, bo dziewczyna genialnie piszę. Zapraszam [Link
Następny rozdział w drugiej połowie czerwca.
No to już chyba wszystko. jak coś dodam edit albo napiszę następnym razem.
Pozdrawiam ^^

Bajabongo!

Nie wyrażam zgody na kopiowanie i rozpowszechnianie zdjęć oraz treści zamieszczonych na blogu.
(Dz. U. Nr 24, poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych).